Pokaż spis treści
Wróć do informacji o e-podręczniku
Planety Źródło: www.pixabay.com, domena publiczna.
ILUSTRACJA: Planety
www.pixabay.com, domena publiczna

Motywy podróży w przestrzeni międzygwiezdnej oraz w czasie należą do najbardziej rozpoznawalnych w fantastyce naukowej (science fiction). Literatura tego typu zna bardzo różne ich ujęcia: filozoficzne, społeczne, naukowe bądź czysto rozrywkowe; utrzymane w tonie poważnym i komiczne. Tym razem proponujemy ci spotkanie z żartobliwym przedstawieniem sytuacji, w której przestrzeń kosmiczna i czas stawiają bohatera wobec niecodziennych wyzwań.

Już wiesz

Korzystając ze słownika terminów literackich, porównaj definicje haseł „fikcja (literacka)„ oraz „fantastyka”. Na tej podstawie wyjaśnij, na czym polega różnica w znaczeniu tych pojęć. Uzasadnij, dlaczego nie mogą być one stosowane zamiennie.

Dzienniki gwiazdowe. Podróż siódma Stanisława Lema

Stanisław Lem
1966, fotografia archiwalna, licencja: CC BY-SA 3.0

Stanisław Lem

światowej sławy polski pisarz i publicysta, znany przede wszystkim jako autor prozy fantastycznonaukowej (science fiction). Debiutem książkowym Lema była powieść Astronauci, opublikowana w 1951 roku. Jednakże nim Lem sięgnął po konwencję fantastyki naukowej, napisał powieść wyrosłą z doświadczeń okupacyjnych: Szpital Przemienienia.

Do najsłynniejszych utworów Lema należą: Dzienniki gwiazdowe (wydane po raz pierwszy w 1957 roku; ostatnie opowiadanie z tego cyklu ukazało się w 1999 roku), Solaris (1961), Cyberiada (1965), Opowieści o pilocie PirxieGłos Pana (obie książki wydane w 1968). Po publikacji powieści Fiasko (1987) Lem skoncentrował się na innych niż beletrystyka formach intelektualnej wypowiedzi. Tylko z rzadka publikował pojedyncze nowe opowiadania.

Pisarstwo Lema charakteryzuje się rozległością podejmowanej problematyki oraz różnorodnością stylów i form wypowiedzi literackiej (m.in. opowiadanie, powieść, esej, dialog, rozprawa, apokryf). Autor Dzienników gwiazdowych z dużą swobodą tworzył zarówno fabuły pełne humoru, jak i takie, które utrzymane są w tonie powagi.

Jeśli chcesz dowiedzieć się o pisarzu i jego twórczości więcej, swoje poszukiwania możesz zacząć od strony: link.

Ćwiczenie 1.1

Na podstawie przygotowanych przed lekcją informacji określ i zanotuj cechy, które definiują literaturę fantastyczną (literacką fantastykę) i odróżniają ją od literatury niefantastycznej.

Ćwiczenie 1.2

Porównaj swój wykaz cech z wykazami sporządzonymi przez kolegów i koleżanki z klasy. Wspólnie – na forum klasy lub pracując w parach – przeanalizujcie przedstawione wykazy. Wymieniając się argumentami, ustalcie, które z cech są rzeczywiście niezbędne, a które można pominąć bez szkody dla definicji fantastyki.

Ćwiczenie 1.3

Opierając się na wnioskach z poprzedniego ćwiczenia, skonstruuj na wzór słownikowy i zapisz w zeszycie własną definicję fantastyki (w literaturze).

Ćwiczenie 2

Obejrzyj grafiki Daniela Mroza, opracowane jako ilustracje do prozy Stanisława Lema. Opisz swoje wrażenia.

link

Podróż siódma

Kosmos (Mgławica Carina) Kosmos (Mgławica Carina) Źródło: ESO/T. Preibisch, fotografia, licencja: CC BY-SA 4.0.
Kosmos (Mgławica Carina)
ESO/T. Preibisch, fotografia, licencja: CC BY-SA 4.0
Stanisław Lem Podróż siódma

Gdy w poniedziałek, drugiego kwietnia, przelatywałem w pobliżu Betelgeuzy, meteor, nie większy od ziarna fasoli zwanej jaśkiem, przebił pancerz, strzaskał regulator ciągu i część sterów, wskutek czego rakieta straciła zdolność manewrowania. Włożyłem skafander, wyszedłem na jej powierzchnię i próbowałem naprawić urządzenie, ale przekonałem się, że aby przykręcić rezerwowy ster, który wziąłem ze sobą przezornie, potrzebna mi jest pomoc drugiego człowieka. Konstruktorzy zaprojektowali rakietę tak nierozsądnie, że ktoś musiał przytrzymywać kluczem główkę śruby, podczas kiedy ktoś drugi dociągałby mutrę. Zrazu nie przejąłem się tym szczególnie i kilka godzin straciłem na usiłowaniach przychwycenia jednego klucza stopami, podczas gdy ręką dokręcałbym śrubę z drugiej strony. Ale minęła pora obiadu, a wysiłki moje nie dały rezultatu. Kiedy raz już mi się prawie udało, klucz wyskoczył spod stopy i pomknął w przestrzeń kosmiczną. Tak więc nie tylko niczego nie naprawiłem, ale straciłem jeszcze cenne narzędzie i tylko patrzyłem bezsilnie, jak oddala się, coraz mniejszy na tle gwiazd.

Po jakimś czasie klucz wrócił po wyciągniętej elipsie, ale choć stał się sputnikiem rakiety, nie zbliżał się do niej na taką odległość, bym go mógł odzyskać. Wróciłem więc do wnętrza rakiety i spożywając skromny posiłek, rozważałem, w jaki sposób wydobyć się z głupiego położenia. Statek leciał tymczasem prosto z coraz większą szybkością, bo i regulator ciągu popsuł mi ów przeklęty meteor. Na kursie nie miałem wprawdzie żadnych ciał niebieskich, ale ta ślepa podróż nie mogła wszak trwać w nieskończoność. Jakiś czas opanowywałem gniew, ale gdy biorąc się po obiedzie do mycia talerzy, stwierdziłem, że rozgrzany od potężnej pracy stos atomowy popsuł mi najlepszą porcję polędwicy wołowej, jaką zostawiłem w lodówce na niedzielę, straciłem na chwilę równowagę ducha i miotając najokropniejsze przekleństwa, rozbiłem część serwisu, co przyniosło mi wprawdzie pewną ulgę, nie było jednak zbyt rozsądne. W dodatku wyrzucona za burtę wołowina, zamiast ulecieć w dal, nie chciała opuścić pobliża rakiety i krążyła wokół niej jako drugi sztuczny satelita, powodując regularnie co jedenaście minut i cztery sekundy krótkotrwałe zaćmienie słońca. Aby uspokoić nerwy, obliczałem do wieczora elementy jej ruchu jak również perturbacje orbity, wywołane krążeniem utraconego klucza. Wypadło mi, że przez najbliższych sześć milionów lat wołowina będzie wyprzedzała klucz, wirując wokół statku po torze kołowym, aby potem go prześcignąć. Na koniec, zmęczony rachunkami, położyłem się spać. W środku nocy wydało mi się, że ktoś potrząsa mnie za ramię. Otworzyłem oczy i zobaczyłem pochylonego nad łóżkiem człowieka, którego twarz była dziwnie znajoma, choć nie miałem pojęcia, kto to może być.

– Wstawaj – powiedział – i bierz klucze, pójdziemy na górę i przykręcimy śruby sterowe...

– Po pierwsze, nie znamy się tak dobrze, abyś mnie pan tykał – odparłem – a po wtóre, wiem doskonale, że pana nie ma. Jestem w rakiecie sam i to już drugi rok, bo lecę z Ziemi do gwiazdozbioru Cielca. Tak zatem, jest pan tylko sennym przywidzeniem.

On jednak nadal potrząsał mną, powtarzając, abym zaraz szedł z nim po narzędzia.

– Idiotyzm – odrzekłem, już trochę zły, bo obawiałem się, że kłótnia we śnie mnie obudzi, a wiem z doświadczenia, jak ciężko zasypia mi się po takim nagłym ocknięciu. – Nigdzie nie pójdę, bo to i tak byłoby na nic. Śruba, przykręcona we śnie, nie zmieni sytuacji, jaka panuje na jawie. Proszę nie molestować mnie i natychmiast rozpłynąć się lub odejść w inny sposób, bo się mogę zbudzić.

– Ależ ty wcale nie śpisz, daję ci słowo honoru! – zawołał uparty zwid. – Czy ty nie poznajesz mnie? Popatrz!

To mówiąc, dotknął palcami dwu brodawek, sporych jak poziomki, które miał na lewym policzku. Odruchowo chwyciłem się za twarz, bo właśnie ja mam w tym miejscu dwie kubek w kubek takie same brodawki. W tym momencie pojąłem też, dlaczego śniony przypominał mi kogoś znajomego: był podobny do mnie jak jedna kropla wody do drugiej.

– Daj mi święty spokój! – zawołałem, zamykając oczy, w trosce o nienaruszalność snu. – Jeżeli jesteś mną, to wprawdzie nie muszę się do ciebie zwracać per „pan”, ale też to i dowód, że nie istniejesz!

Po czym odwróciłem się na drugi bok i przykryłem się kocem aż po czubek głowy. Słyszałem jeszcze, jak mówił coś o idiotyzmie, nareszcie, gdy nie reagowałem, krzyknął: – Pożałujesz tego, bałwanie! I przekonasz się, poniewczasie, że to żaden sen!

Ja jednak ani drgnąłem. Kiedy otworzyłem rano oczy, od razu przypomniała mi się ta osobliwa nocna historia. Usiadłem na pościeli i rozmyślałem o tym, jakie też ciekawe figle płata człowiekowi jego własny umysł: oto, nie mając żadnej bratniej duszy na pokładzie, w obliczu naglącej konieczności, niejako rozdwoiłem się w marzeniu sennym, aby uczynić zadość potrzebie.

Po śniadaniu stwierdziłem, że rakieta uzyskała przez noc dodatkową porcję przyśpieszenia i wziąłem się do wertowania biblioteczki pokładowej, szukając w podręcznikach rady na moje fatalne położenie. Nie znalazłem jednak niczego. Rozłożyłem więc na stole mapę gwiazdową i w blasku niedalekiej Betelgeuzy, przesłanianym co jakiś czas krążącą wołowiną, szukałem w okolicy, w której się znajdowałem, siedliska jakiejś cywilizacji kosmicznej, od której mógłbym oczekiwać pomocy. Ale była to kompletna głusza gwiazdowa, omijana przez wszystkie statki jako obszar wyjątkowo niebezpieczny, ponieważ mieszczą się tam tyleż groźne, co tajemnicze wiry grawitacyjne, w liczbie stu czterdziestu siedmiu, których istnienie wyjaśnia sześć astrofizycznych teorii, a każda inaczej.

Kalendarz kosmonautyczny przestrzegał przed nimi ze względu na nieobliczalne skutki efektów relatywistycznych, jakie może pociągnąć za sobą przejście przez wir – zwłaszcza przy wielkiej szybkości własnej.

Ja jednak byłem bezradny. Obliczyłem tylko, że o skraj pierwszego wiru zawadzę koło jedenastej, pośpieszyłem więc z przygotowaniami do śniadania, aby nie stawiać czoła niebezpieczeństwu na czczo. Ledwo wytarłem ostatni spodek, rakietą jęło ciskać na wszystkie strony, aż nieprzymocowane dostatecznie przedmioty gradem latały od ściany do ściany. Z biedą doczołgałem się do fotela, a gdy się doń przywiązałem, podczas coraz gwałtowniejszych skoków statku zauważyłem, że jakby bladoliliowa mgła zawlekała przednią część kajuty i pojawiła się tam, między zlewem a kuchenką, mglista sylwetka ludzka w fartuszku, lejąca ciasto omletowe na patelnię. Postać spojrzała na mnie badawczo, lecz bez zdziwienia, po czym rozchwiała się i znikła. Przetarłem oczy. Byłem najoczywiściej sam, przypisałem więc ów obraz chwilowemu zamroczeniu.

Siedząc dalej w fotelu, a raczej skacząc wraz z nim, pojąłem nagle, w błysku olśnienia, że nie była to wcale halucynacja. Kiedy gruby tom Ogólnej Teorii Względności przelatywał koło mego fotela, spróbowałem go pochwycić, co udało mi się już za czwartym razem. Kiepsko szło wertowanie ciężkiej księgi w takich warunkach – straszliwe siły miotały statkiem, że zataczał się jak pijany – ale w końcu znalazłem właściwy ustęp. Była tam mowa o fenomenach tak zwanej pętli czasowej, to jest zaginaniu się kierunku, w którym płynie czas, w obrębie pól grawitacyjnych wielkiej mocy, które to zjawisko może nawet niekiedy doprowadzić do zawrócenia biegu czasu i tak zwanego podwojenia teraźniejszości. Wir, który przebyłem właśnie, nie należał do najpotężniejszych. Wiedziałem, że gdyby mi się udało choć odrobinę nakierować statek dziobem ku biegunowi Galaktyki, przetnę tak zwany Vortex Gravitatiosus Pinckenbachii, w którym wielokrotnie obserwowano fenomeny podwojenia, a nawet potrojenia teraźniejszości.

Stery były wprawdzie unieruchomione, ale udałem się do komory silnikowej i tak długo manipulowałem przy urządzeniach, aż istotnie doprowadziłem do lekkiego odchylenia rakiety ku galaktycznemu biegunowi. Operacja ta zajęła mi kilka godzin. Rezultat jej był nadspodziewany. Statek wpadł w centrum wiru około północy, dygocąc i jęcząc wszystkimi wiązaniami tak, że lękałem się o jego całość, ale wyszedł z opresji nieuszkodzony i kiedy na powrót objęły go martwe ramiona kosmicznej ciszy, opuściłem komorę silnikową, aby ujrzeć samego siebie, śpiącego smacznie na łóżku. Pojąłem od razu, że to jestem ja z poprzedniej doby, to jest z nocy poniedziałkowej. Nie zastanawiając się nad filozoficzną stroną tego raczej osobliwego zjawiska, natychmiast jąłem szarpać za ramię śpiącego, wołając, aby szybko wstawał, nie wiedziałem bowiem, jak długo jego poniedziałkowe istnienie będzie trwało w moim wtorkowym, i dlatego należało jak najszybciej wyjść na zewnątrz, by pospołu naprawić stery.

Ale śpiący otworzył tylko jedno oko i rzekł, iż nie życzy sobie, abym go tykał, jak również, że jestem tylko jego sennym przywidzeniem. Próżno, zniecierpliwiony, potrząsałem nim, próżno usiłowałem wyciągnąć go przemocą z łóżka. Nie dawał się z niego wydobyć, powtarzając uparcie, że mu się śnię; jąłem kląć, a on tłumaczył mi logicznie, że nigdzie nie pójdzie, bo we śnie przykręcone śruby nie będą trzymały steru na jawie. Daremnie dawałem mu słowo honoru, że się myli, zaklinałem i przeklinałem na zmianę – nawet zademonstrowane brodawki nie przekonały go o prawdzie mych słów. Odwrócił się do mnie tyłem i zachrapał.

Usiadłem w fotelu, by na chłodno rozważyć powstałą sytuację. Przeżyłem ją już dwa razy, raz jako ów śpiący, w poniedziałek, a teraz jako budzący go bezskutecznie, we wtorek. Ja z poniedziałku nie wierzyłem w realność zjawiska duplikacji, ale ja wtorkowy już o nim wiedziałem. Była to najzwyklejsza w świecie pętla czasu. Co należało zatem robić, aby udało się naprawić stery? Ponieważ poniedziałkowy spał dalej, a także ponieważ pamiętałem, że ową noc wybornie przespałem do samego rana, pojąłem daremność wszelkich dalszych prób przebudzenia go. Mapa zwiastowała jeszcze mnóstwo wielkich wirów grawitacyjnych, tak więc mogłem liczyć na podwojenie czasu teraźniejszego w ciągu nadchodzących dni. Chciałem napisać do siebie list i przypiąć go szpilką do poduszki, abym ja poniedziałkowy, obudziwszy się, mógł naocznie przekonać się o tym, iż rzekomy sen był realnością.

Ledwo jednak siadłem z piórem do stołu, zachrobotało w silnikach, pośpieszyłem więc tam i polewałem wodą przegrzany stos atomowy do świtu, podczas gdy ja poniedziałkowy spał smacznie, oblizując się od czasu do czasu, co porządnie mnie gniewało. Zgłodniały i wymęczony, nie zmrużywszy oka, wziąłem się do śniadania i wycierałem właśnie talerze, kiedy rakieta wpadła w następny wir grawitacyjny. Widziałem poniedziałkowego siebie, jak patrzy na mnie osłupiały, przywiązany do fotela, podczas kiedy ja wtorkowy smażyłem omlety. Potem od wstrząsu straciłem równowagę, pociemniało mi w oczach i upadłem. Gdy ocknąłem się na podłodze w otoczeniu porcelanowych skorup, przy samej twarzy dostrzegłem nogi stojącego nade mną człowieka.

– Wstawaj – rzekł, podnosząc mnie – czy nic sobie nie zrobiłeś?

– Nie – odparłem, opierając się rękami o podłogę, bo kręciło mi się w głowie – z którego jesteś dnia tygodnia?

– Ze środy – odparł. – Idziemy szybko naprawić ster, bo szkoda czasu!

– A gdzie ten poniedziałkowy? – spytałem.

– Już go nie ma, to znaczy, widocznie ty nim jesteś.

– Jak to ja?

– No tak, bo poniedziałkowy stał się w nocy z poniedziałku na wtorek wtorkowym, i tak dalej.

– Nie rozumiem!

– Nie szkodzi – to z nieprzyzwyczajenia. Ale chodź, szkoda czasu!

– Zaraz – odpowiedziałem, nie ruszając się z podłogi. – Dzisiaj jest wtorek. Jeżeli ty jesteś środowy i do tej chwili we środę jeszcze nie są naprawione stery, to z tego wynika, że coś przeszkodzi nam w ich naprawieniu, ponieważ w przeciwnym razie ty, we środę, nie nakłaniałbyś już mnie do tego, abym ja, we wtorek, je z tobą wspólnie naprawiał. Więc może lepiej nie ryzykować wyjścia na zewnątrz?

– Bredzisz! – zawołał – człowieku, ja jestem środowy, a ty jesteś wtorkowy, co się natomiast tyczy rakiety, to przypuszczam, że ona jest, by tak rzec, łaciata, to znaczy miejscami jest w niej wtorek, miejscami środa, gdzieniegdzie może nawet jest trochę czwartku. Czas przetasował się po prostu podczas przechodzenia przez te wiry, ale cóż to nas obchodzi, jeśli jesteśmy we dwóch i przez to mamy szansę naprawienia steru?!

– Nie, nie masz racji! – odparłem – jeżeli we środę, gdzie już jesteś, przeżywszy cały wtorek i mając go poza sobą, jeśli we środę, powtarzam, stery nie są naprawione, to z tego wynika, że nie zostały naprawione we wtorek, bo teraz jest wtorek i gdybyśmy je mieli za chwilę naprawić, to dla ciebie byłaby ta chwila przeszłością i nie byłoby co naprawiać. A zatem...

– A zatem jesteś uparty jak osioł! – warknął. – Pożałujesz swojej głupoty! I jedyną moją satysfakcją jest to, że będziesz się tak samo wściekał na swój tępy upór, jak ja teraz – kiedy sam doczekasz środy!!!

– Ach, pozwól – zawołałem – czy to ma znaczyć, że ja we środę, będąc tobą, będę usiłował przekonać mnie wtorkowego, tak jak ty to robisz w tej chwili, tylko wszystko będzie na odwrót, to znaczy, ty będziesz mną, a ja tobą? Rozumiem! Na tym polega pętla czasu! Czekaj, idę, idę zaraz, pojąłem już....

Nim jednak wstałem z podłogi, wpadliśmy w nowy wir i straszliwe ciążenie rozpłaszczyło nas na suficie.

Przeraźliwe skoki i wstrząsy nie ustawały przez całą noc z wtorku na środę. Kiedy się już nieco uspokoiło, latający po kajucie tom Ogólnej Teorii Względności tak uderzył mnie w czoło, że straciłem przytomność.

Stanisław Lem, Podróż siódma, [w:] tegoż, Dzienniki gwiazdowe, Kraków 1982, s. 13–20.

Zadania

Po uważnym przeczytaniu fragmentu opowiadania Stanisława Lema odpowiedz na pytania i wykonaj polecenia:

Ćwiczenie 3.1

Kto opowiada o wydarzeniach?

Ćwiczenie 3.2

Rozpoznaj i wskaż w przywołanym tekście te elementy świata przedstawionego, które decydują o jego fantastycznym charakterze. Postaraj się nie ograniczać przykładów tylko do rekwizytów.

Ćwiczenie 3.3
Ćwiczenie 3.4

Czy dostrzegasz w cytowanym tekście jakieś elementy humorystyczne? Jeśli tak, wskaż je i wyjaśnij, w jaki sposób osiągnięty został efekt humorystyczny. Jaki rodzaj komizmu one reprezentują (słowny, sytuacyjny, postaci)?

Ćwiczenie 4

Czy znany jest ci tzw. paradoks dziadka, związany z teorią podróży w czasie? Jeśli nie, poszukaj informacji na jego temat.

Ćwiczenie 5

Czy potrafisz wyjaśnić, czym jest i na czym polega taka konstrukcja myślowa jak paradoks? Jeśli nie, skorzystaj ze słownika języka polskiego lub słownika terminów literackich i zapoznaj się z definicją paradoksu. Zapisz ją w zeszycie.

Stanisław Lem w filmie Tomasza Kamińskiego

Obejrzyj film dokumentalny Stanisław Lem (1996) w reżyserii Tomasza Kamińskiego.

Ćwiczenie 6