Pokaż spis treści
Wróć do informacji o e-podręczniku
Portret Marka Twaina Źródło: A.F. Bradley, Portret Marka Twaina, 1907, fotografia, domena publiczna.
Portret Marka Twaina
A.F. Bradley, Portret Marka Twaina, 1907, fotografia, domena publiczna

Biografia amerykańskiego pisarza Marka Twaina sama w sobie jest niezwykła i przynosi wiele interesujących przykładów, świadczących o tym, że życie może być fascynujące, jeśli tylko podejmiemy wyzwania, które przed nami stawia. Podróże i doświadczenia związane z zawodami wykonywanymi przez autora Przygód Tomka Sawyera pozwoliły na wykreowanie literackiego świata, który nosi znamiona autentycznego. Pracownik kopalni srebra, poszukiwacz złota, pilot na parostatku pływającym po rzece Missisipi to tylko niektóre emocjonujące zajęcia wielkiego literata. Barwny język, nienaganny plastyczny styl i wielkie poczucie humoru pozwoliły na nazwanie go „ojcem amerykańskiej literatury”.

Już wiesz

1) Przygotujcie materiały na temat poszukiwania i poszukiwaczy złota w Ameryce.

2) Przygotujcie materiały o najbardziej znanych polskich himalaistach.

Dziki Zachód w twórczości Marka Twaina

Portret Marka Twaina
A.F. Bradley, Portret Marka Twaina, 1907, fotografia, domena publiczna

Mark Twain

był amerykańskim pisarzem pochodzenia szkockiego, także dziennikarzem, satyrykiem i humorystą. Największą popularność przyniosły mu powieści dla młodzieży: Przygody Tomka Sawyera (1876) oraz Przygody Hucka (1884).

Przez całe życie wiele podróżował. Bardzo wcześnie, bo już w wieku 12 lat, musiał podjąć pracę zarobkową (był m.in. chłopcem na posyłki w drukarni, później także uczył się drukarstwa). Zarabiał na życie jako pilot parostatku pływającego po rzece Missisipi, co opisał potem w autobiograficznej powieści Życie na Missisipi. Być może jego pseudonim pisarski pochodzi z tego okresu, ponieważ mark twain – w żargonie pilotów parowców rzecznych – oznacza „dwa (sążnie głębokości)”. Kiedy przeprowadził się na Zachód, podjął pracę w kopalniach srebra, a następnie został prawdziwym poszukiwaczem złota w Kalifornii. W tym czasie nieregularnie pracuje już jako dziennikarz, a następnie zostaje reporterem i korespondentem gazety „Alta California” oraz „New York Tribune” i relacjonuje przebieg wyprawy amerykańskiej grupy turystów płynących statkiem do Europy. Wydarzenia te opisał Twain w książce Prostaczkowie za granicą (1869).

Jego powieści, których akcja osadzona jest w Ameryce, dostarczają czytelnikowi ogromnej wiedzy o tym kraju. Mają charakter społeczno‑obyczajowy, przedstawiają geografię Ameryki, przemiany kulturowe oraz życie codzienne, np. w autobiograficznej powieści Pod gołym niebem (1872) Twain ukazał „twardy, surowy los osadników oraz panoramę Ameryki od St. Louis, przez Nevadę, Kalifornię aż po Hawaje”. Natomiast powieść Włóczęga za granicą (1880) przedstawia doznania i przygody z podróży do Europy, w czasie której dotarł m.in. do Niemiec, Szwajcarii i Włoch. Na uwagę zasługują jeszcze dwa inne utwory, których akcja rozgrywa się w Anglii. Są to: Książę i żebrak (1882) oraz Jankes na dworze króla Artura (1889). Książę i żebrak to historyczna powieść dla młodzieży, w której w zabawny sposób pisarz ukazuje konsekwencje zamiany bliźniaczo podobnych do siebie chłopców. Jankes na dworze króla Artura natomiast to rodzaj satyry na mity europejskiej poezji średniowiecznej oraz krytyka społecznego ustroju Europy Zachodniej. Kiedy w 1898 roku bankrutuje wydawnictwo, w które Twain zainwestował mnóstwo pieniędzy, musi zacząć dorabiać jako prelegent, jeżdżąc po Ameryce. Jego wystąpienia odnosiły wszędzie ogromny sukces i Twain zarobił fortunę.

Mark Twain Pod gołym niebem

I. WYJAZD DO NEVADY

Mój brat otrzymał nominację na sekretarza Terytorium Nevady; był to urząd świetny, skupiający w sobie obowiązki i honory skarbnika, kontrolera generalnego, sekretarza stanowego i urzędującego gubernatora w nieobecności tego ostatniego. Pensja wynosząca tysiąc osiemset dolarów rocznie i tytuł „pana sekretarza” przydawały temu zaszczytnemu stanowisku wspaniałości imponującej i oszołamiającej. Byłem młody i głupi, więc zazdrościłem bratu. Zazdrościłem mu pozycji i finansowego splendoru, a zwłaszcza zazdrościłem mu podróży, długiej, jaka go czekała, i nowego, zdumiewającego świata, który miał poznać. Będzie podróżował! Nie wyjeżdżałem nigdy z rodzinnego miasta i samo słowo „podróż” posiadało dla mnie urzekający czar. Niebawem brat mój znajdzie się w odległości setek mil od domu, na wielkich preriach i równinach, wśród gór Dalekiego Zachodu, zobaczy bawoły i Indian, psy stepowe i antylopy, będzie miał mnóstwo najrozmaitszych przygód i kto wie, czy go nie powieszą albo nie oskalpują, a w ogóle będzie się bawił świetnie, będzie pisał o wszystkim do domu i zostanie bohaterem. Ponadto zobaczy kopalnie złota i srebra i któregoś dnia po południu, po skończonej pracy, pójdzie sobie na przechadzkę i znajdzie gdzieś na stoku wzgórza kilka szufel błyszczących bryłek złota i srebra. Z czasem stanie się bogaty, wróci do domu morzem i będzie tak obojętnie rozprawiał o San Francisco, zatoce i Pacyfiku, jak gdyby zobaczenie tych cudów było bagatelką.

Co cierpiałem, rozmyślając nad jego szczęściem, tego żadne pióro nie zdoła opisać. Gdy więc ofiarował mi z zimnym spokojem bajeczne stanowisko prywatnego sekretarza, zdawało mi się, że ziemia i niebo zniknęły, a firmament zwinął się na kształt rulonu sekretarskich papierów. Nie mogłem pragnąć niczego więcej. Ukontentowanie moje było zupełne. W dwie godziny później byłem gotowy do drogi. Z pakowaniem niewiele miałem zachodu, ponieważ zamierzaliśmy jechać pocztą od granicy Missouri do Nevady, a pasażerom wolno było zabierać tylko znikome ilości bagażu. W tych dobrych dawnych czasach, przed dziesięciu czy dwunastu laty, nie istniała jeszcze kolej żelazna docierająca do wybrzeży Pacyfiku, nie położono jeszcze ani jednego jedynego kawałka szyny. Planowałem, że zostanę w Nevadzie trzy miesiące; nie miałem zamiaru siedzieć tam dłużej. Chciałem zobaczyć wszystko, co osobliwe i nowe, a potem wrócić prędko do moich spraw w rodzinnym mieście. Czy mogłem przypuszczać, że doczekam się końca tej trzymiesięcznej wycieczki dopiero po upływie sześciu czy siedmiu niezwykle długich lat?

Całą noc śnili mi się Indianie, prerie i sztaby srebra; nazajutrz, w oznaczonym czasie, wsiedliśmy w porcie St. Louis na pokład parowca zdążającego w górę rzeki Missouri. Płynęliśmy z St. Louis do St. Joseph dni sześć, a była to podróż tak nudna, tak ospała i tak monotonna, że pozostawiłaby mi równie mało wspomnień, gdyby trwała sześć minut zamiast tyluż dni. Jedyne, co mi po niej zostało w pamięci, to zatarte, pogmatwane obrazy groźnie wyglądającej karpiny, po której z rozmysłem przejeżdżaliśmy jedną lub drugą śrubą; raf, w które stukaliśmy raz po raz dziobem, aby w końcu wycofać się i szukać przejścia w dostępniejszym miejscu; i wreszcie mielizn, na których siadaliśmy niekiedy jak kury na grzędzie i odpoczywaliśmy, aby się z nich zwlec po jakimś czasie. Właściwie statek mógł z równym powodzeniem przebyć drogę do St. Joseph lądem, bo i tak szedł cały niemal czas wdrapując się cierpliwie i pracowicie na rafy i przeskakując karpiny. Kapitan powiedział, że jego statek jest „byczy” i że przydałaby mu się tylko większa śruba i silniejsza para. Ja pomyślałem, że statkowi przydałyby się szczudła, ale byłem na tyle mądry, że tego nie powiedziałem.

II. OPUSZCZAMY TEREN STANÓW

Gdy pewnego szczęśliwego wieczoru statek nasz przybił do przystani w St. Joseph, skierowaliśmy pierwsze kroki do biura pocztowego, gdzie przyjęto od nas opłatę po dolarów sto pięćdziesiąt za bilety na dyliżans do Carson City w Nevadzie.

Nazajutrz wczesnym rankiem przełknęliśmy śniadanie i udaliśmy się śpiesznie na miejsce odjazdu. Tu natrafiliśmy na przeszkodę, którejśmy lekkomyślnie nie przewidzieli, mianowicie, że nie można tak spakować rzeczy w ciężki kufer podróżny, żeby waga nie przekraczała dozwolonych dwudziestu pięciu funtów, ponieważ sam kufer waży więcej. A wolno nam było wziąć tylko po dwadzieścia pięć funtów bagażu. Wobec tego musieliśmy otworzyć kufry i dokonać szybkiego wyboru. Włożyliśmy nasz dozwolony prawem bagaż do jednej walizy, a kufry kazaliśmy odesłać do St. Louis. Smutne było to rozstanie, bo nie mieliśmy już teraz czarnych żakietów i białych rękawiczek, w których moglibyśmy wystąpić na przyjęciu u Indian Pawne w Górach Skalistych, a także zostaliśmy pozbawieni cylindrów, lakierowanych trzewików i w ogóle wszystkiego, co umila życie i pozwala mu płynąć spokojnym torem.

Ograniczyliśmy się do potrzeb stanu wojennego. Włożyliśmy na siebie grube ubrania z szorstkiej wełny, wełniane wojskowe koszule i toporne trzewiki; do walizy zaś wcisnęliśmy po kilka białych koszul, nieco bielizny i drobiazgów. Mój brat sekretarz wziął jeszcze cztery funty dzienników ustaw i sześć funtów słownika encyklopedycznego, nie wiedzieliśmy bowiem, w naszej świętej naiwności, że księgi te można zamówić jednego dnia w San Francisco i nazajutrz otrzymać w Carson City. Byłem uzbrojony po zęby w żałosny, mały siedmiostrzałowy pistolet systemu Smith and Wesson, który miał kule wielkości pigułek homeopatycznych; przy dozowaniu dla człowieka dorosłego trzeba było użyć wszystkich siedmiu kul.

Ale byłem zachwycony. Uważałem, że jest to broń bardzo niebezpieczna. Pistolet miał tylko jedną wadę: nie można było z niego trafić do celu. Jeden z naszych konduktorów wprawiał się na krowie i dopóki krowa stała nieruchomo, nic jej nie groziło; ale zaledwie zaczęła się ruszać, on zaś obrał sobie inny cel, spotkało biedaczkę nieszczęście. Pan sekretarz miał niewielkiego colta, nosił go na pasku dla obrony przed Indianami i z ostrożności nie zasuwał spustu.

Pan George Bemis był postacią złowieszczą i przerażającą. Przydzielono go nam jako towarzysza podróży. Widzieliśmy go pierwszy raz w życiu. Nosił przy pasku stary oryginalny rewolwer firmy Allen, taki, jaki ludzie nieuprzejmi nazywają „pieprzniczką”. Wystarczyło odciągnąć cyngiel, a kurek spadał i rozlegał się strzał. W miarę naciskania cyngla kurek zaczynał się podnosić, a bębenek obracać; po sekundzie kurek spadał i kula z hukiem opuszczała lufę. Wymierzyć do celu nad obracającą się lufą i trafić ach, takiego czynu nikt nie dokonał rewolwerem firmy Allen! Jednakże broń George’a była niezawodna, bo jak potem powiedział jeden z naszych woźniców: „Jeżeli ta pukawka nie trafi tego, do czego strzelała, to z pewnością przedziurawi co innego”. Tak się też stało. Miała trafić w dwójkę treflową przybitą do drzewa, a przedziurawiła muła stojącego w odległości trzydziestu jardów w lewo.

Bemis wcale nie pragnął tego muła, ale przyszedł właściciel z dubeltówką w ręku i namówił go na kupno. Tak, trzeba przyznać, że to była wesolutka broń. Niekiedy wszystkie sześć luf naraz zaczynało pluć kulami i człowiek tylko z tyłu mógł się czuć bezpieczny. Wzięliśmy kilka koców dla ochrony przed przymrozkami w górach. Jeśli idzie o przedmioty zbytku, byliśmy bardzo skromni; zabraliśmy tylko kilka fajek i pięć funtów tytoniu. Mieliśmy dwie duże bańki do przechowywania wody między stacjami pocztowymi na Wielkiej Równinie, a także woreczek po śrucie pełen srebrnych monet na opłacanie śniadań i kolacji.

O ósmej wszystko było gotowe i znaleźliśmy się po drugiej stronie rzeki. Wskoczyliśmy do powozu, woźnica trzasnął z bata i ruszyliśmy zostawiając za sobą Stany. Był piękny letni poranek, okolica skrzyła się w słońcu. Poranek był ponadto świeży i rześki i przenikał nas upajającą świadomością oderwania się od wszelkich trosk i odpowiedzialności; uczucie to sprawiło, żeśmy niemal żałowali lat spędzonych przy ciężkiej pracy w dusznym i gorącym mieście. Pędziliśmy przez Kansas i po dwóch godzinach znajdowaliśmy się już dość daleko w obrębie Wielkiej Równiny. Teren był tutaj falisty jak okiem sięgnąć, linia za linią regularnych wzniesień i spadków jak zmarszczona po burzy majestatyczna tafla morza. I wszędzie dokoła widać było pola zbóż znaczące kwadratami ciemniejszej zieleni ów bezkresny obszar porosłego trawą gruntu. Ale niebawem to morze na lądzie miało stracić swoją falistość i zmienić się na przestrzeni siedmiuset mil w płaską i równą podłogę!

Nasz dyliżans był ogromnym, kołyszącym się i bujającym, niezwykle okazałym pojazdem, wspaniała kolebka na kołach. Ciągnęło go sześć dorodnych koni, a obok woźnicy siedział konduktor, prawowity kapitan załogi, gdyż do niego należała opieka nad pocztą, bagażami, przesyłkami ekspresowymi i pasażerami. My trzej byliśmy jedynymi pasażerami w tej podróży. Siedzieliśmy na tylnym siedzeniu, wewnątrz. Niemal całą pozostałą przestrzeń wypełniały worki z pocztą, wieźliśmy bowiem przesyłki z trzech ostatnich dni. Przed nami, dotykając niemal naszych kolan, wyrastała aż pod sufit prostopadła ściana z worków. Na dachu piętrzył się stos przytroczony pasami, a zarówno przedni, jak i tylny bagażnik były szczelnie wypełnione. Wieźliśmy według słów woźnicy dwa tysiące siedemset funtów poczty. Trochę dla Brighama, powiedział, trochę dla Carson i Frisco, ale przynajmniej połowa dla Indian, a zresztą to diabelne zawracanie głowy, bo przecież oni i tak mają dość do czytania. A ponieważ w tym momencie twarz woźnicy wykrzywiła się w straszliwym skurczu, który przywodził na myśl uśmiech pochłonięty przez trzęsienie ziemi, domyśliliśmy się, że jego uwaga miała być krotochwilna i że wyładujemy większość naszej poczty gdzieś na prerii, zostawiając ją Indianom czy komu bądź innemu, kto się po nią zgłosi.

Przez cały dzień zmienialiśmy konie co dziesięć mil i niemal frunęliśmy nad twardym, płaskim gruntem. Na każdym postoju wyskakiwaliśmy na ziemię i rozprostowywali nogi, gdy więc zapadł wieczór, byliśmy wciąż pełni życia i prawie niezmęczeni.

Po kolacji wsiadła do dyliżansu kobieta wracająca do domu odległego o pięćdziesiąt mil, więc my trzej musieliśmy się zmieniać i siadać kolejno na koźle obok woźnicy i konduktora. Była to najwyraźniej kobieta małomówna. Siedziała w gęstniejącym mroku i wpatrywała się w komara, który pożywiał się na jej ramieniu, potem powoli wznosiła drugą rękę, dopóki komar nie znalazł się na linii strzału, i wreszcie częstowała go klapsem, który powaliłby krowę: potem obserwowała trupa z cichą satysfakcją, bo trzeba przyznać, że nie chybiała. Była znakomitym strzelcem na krótki dystans. Trupów nie usuwała, tylko zostawiała je na przynętę.

Siedziałem obok tego posępnego sfinksa, przyglądałem się jej, gdy tak jeden po drugim zabiła trzydzieści lub czterdzieści komarów. Przyglądałem się jej i czekałem, aż przemówi. Ale ona milczała. Wreszcie przemówiłem pierwszy. Powiedziałem: – Bardzo dużo komarów w tych stronach, proszę pani.

– No chyba!

– Co pani raczyła powiedzieć?

– No chyba!

Potem obróciła do mnie rozjaśnioną twarz i powiedziała:

– Niech mnie licho! Już myślałam, że wy, ludzie, jesteście głusi i niemi. Jak Bozię kocham, że myślałam. Siedzę tu i siedzę, biję komary i nic, tylko się zastanawiam, co też wam dolega. Najpierw myślałam, żeście głusi i niemi, potem przyszło mi do głowy, żeście chorzy albo pomyleni, albo coś takiego, a na koniec to was wzięłam za trójkę durniów, co nie wiedzą, od czego zacząć rozmowę. Skąd jedziecie?

Sfinks przestał być sfinksem! Mówiąc metaforycznie, przerwały się źródła przepaści wielkiej i niewiasta zsyłała na nas deszcz swych słów przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy, zalewając wszystko niszczycielskim potopem pospolitej gadaniny; ani jeden szczyt czy wierzchołek odpowiedzi nie wznosił się ponad zalane wodami pustkowie kiepskiej gramatyki i fatalnej wymowy!

Jak myśmy cierpieli! Mijały godziny, a ona gadała, gadała, aż byłbym się zabił z wściekłości, że poruszyłem kwestię komarów i zachęciłem ją do rozmowy. Nie przestała ani na chwilę, dopóki przed samym świtem nie dotarła do celu swej podróży. Wysiadając z dyliżansu, obudziła nas (bo zapadliśmy w drzemkę) i powiedziała:

– Radzę wam dobrze, chłopacy, wysiądźcie i posiedźcie se ze dwa dni w Cottonwood, a ja wpadnę do was wieczorem i jak macie chęć, pogadam z wami jeszcze o tym i owym. Ludziska wam powiedzą, że jak na dziewuchę wychowaną w lasach byłam zawsze wymagalna i zadzierałam nosa, bo jak mogę nie być wymagalna, kiedy pełno tu wszędzie hołoty. Dziewczyna musi zadzierać nosa, jeżeli chce dojść do czegoś w życiu, ale kiedy napatoczą się ludziska, co mogę z nimi być jak równa z równymi, nie odmówię im swojego towarzystwa.

Postanowiliśmy, że „nie posiedzimy se w Cottonwood”.

III. OŚLI KRÓLIK

[…] Niebawem minęliśmy Marysville i przeprawiliśmy się na drugi brzeg rzeki Big Blue, a potem rzeki Little Sandy; o milę dalej wkroczyliśmy na terytorium Nebraski. Przebyliśmy jeszcze milę i dotarliśmy do rzeki Big Sandy w odległości stu czterdziestu mil od St. Joseph. Gdy słońce chyliło się ku zachodowi, zobaczyliśmy pierwszy okaz zwierzęcia powszechnie znanego na przestrzeni dwóch tysięcy mil pustyni i gór od równiny Kansas aż po wybrzeże Pacyfiku pod nazwą oślego królika. Słuszna to nazwa. Zwierzątko owo wygląda jak pospolity królik, z tą tylko różnicą, że jest od jednej trzeciej do dwóch razy większe, ma proporcjonalnie dłuższe nogi, na łebku zaś uszy tak niedorzeczne, jakimi nie może się poszczycić żadne zwierzę z wyjątkiem osła. Gdy ośli królik siedzi spokojnie, robiąc rachunek sumienia, albo gdy jest roztargniony, albo nie przeczuwa niebezpieczeństwa, majestatyczne uszy sterczą nad nim wysoko i są z daleka widoczne; ale wystarczy trzask suchej gałązki, aby śmiertelnie przerażony odchylił lekko uszy do tyłu i wybrał się w drogę do domu. Wtedy przez najbliższą minutę widać tylko jego długi szary korpus wyciągnięty jak struna, głowę wzniesioną i uszy odchylone lekko do tyłu, ale cały czas wskazujące, którędy zwierzę sunie przez niskie zarośla bylicy, zupełnie jakby niosło rozpostarty żagiel. Od czasu do czasu nasz ośli królik wzbija się na swych długich nogach wysoko nad karłowate pędy bylicy, dając przykład skoku, jakiego pozazdrościłby mu niejeden koń. Niebawem przechodzi w łagodny i wdzięczny kłus i zaraz znika w tajemniczy sposób. Przycupnął za krzewem, będzie tam siedział i trząsł się, i nasłuchiwał, dopóki człowiek nie podejdzie na odległość sześciu stóp, kiedy to ośli królik znowu puści się w drogę. Ale jeśli ktoś chce, żeby naprawdę wziął nogi za pas i pokazał, co umie, musi do niego strzelić. Śmiertelnie teraz przestraszony ośli królik kładzie uszy po sobie i wyciągając się jak struna w długim skoku, przemierza milę za milą z obojętną swobodą, która zachwyca. Jak to określił konduktor, zwierzęciu dusza uciekła w pięty z naszej przyczyny. Najpierw pan sekretarz przestraszył go strzałem ze swojego colta, potem ja zacząłem kropić w niego z mojej broni; i jednocześnie, z ogłuszającym hukiem, buchnęła salwa ze wszystkich luf starego allena. Bez przesady można powiedzieć, że królik oszalał! Spuścił uszy, podniósł ogon i wyruszył do San Francisco z szybkością, którą najlepiej można określić jako przelotny błysk […]

Mark Twain, Pod gołym niebem, tłum. Krystyna Tarnowska, Warszawa 2006, s. 7–19.
Definicja: Autobiografia

Opis własnego życia, niekiedy ujęty w formę fabularną. Narracja w autobiografiach jest pierwszoosobowa, ale przyjmuje dwie postawy – jedną, która przez pryzmat „ja” opisuje świat zewnętrzny (taka postawa jest charakterystyczna m.in. dla literatury faktu lub pamiętników), i drugą, w wyniku której świat zewnętrzny staje się scenerią przeżyć wewnętrznych „ja” (np. autorefleksje, marzenia, intymne myśli, innymi słowy – „pamiętniki duszy”).

Utwór piśmienniczy, którego tematem jest własne życie autora, jego koleje losów i czyny, zdarzenia, których był świadkiem, doświadczenia, których nabywał, ewolucja zapatrywań i postawy wobec świata. Innymi słowy – biografia jakiejś osoby (całościowa lub fragmentaryczna) przez nią samą napisana […]. Autobiografie […] są mniej czy bardziej szczegółowym przedstawieniem biegu życia, […] autorzy usiłują zarysować [w nich] jakąś spójną koncepcję własnego życia, ukazać całościowy sens swoich doświadczeń, zbudować z nich paradygmat mogący służyć innym jako pouczenie lub przestroga [lub] skupiają się na analizie swoich przeżyć wewnętrznych, na rozwoju życia duchowego, na kształtowaniu się religijności, poglądów filozoficznych, pomysłów naukowych czy idei artystycznych; obok autobiografii, w których dominuje troska autorów o prawdziwość informacji, występują autobiografie, w których ulegają swobodnemu przemieszaniu elementy prawdy i zmyślenia: granicznym przypadkiem jest w tym względzie powieść autobiograficzna.

Po przeczytaniu cytowanego wyżej fragmentu utworu Marka Twaina Pod gołym niebem odpowiedz na pytanie i wykonaj polecenia:

Ćwiczenie 1.1

Odpowiedz, do jakiego typu literatury należy zapis Marka Twaina? Określ, czy jest to autobiografia, powieść autobiograficzna, proza wspomnieniowa czy pamiętnik z podróży.

Ćwiczenie 1.2

Odszukaj w tekście przykłady potwierdzające tezę, że opis świata zewnętrznego w ujęciu M. Twaina ma charakter plastyczny i szczegółowy.

Ćwiczenie 1.3

Wyjaśnij, jaki typ zdarzeń ukazuje pisarz. O jakich pisze postaciach? O jakich marzeniach? Zaznacz fragmenty, w których autor opisuje spotkane postacie, pisze o sowich marzeniach.

Ćwiczenie 1.4

Wyjaśnij w kilku zdaniach, jaką rolę pełni opis podróży w autobiografiach.

Ćwiczenie 1.5

We fragmencie utworu Pod gołym niebem opatrzony tytułem Ośli królik opis niezwykłego królika jest dynamiczny i plastyczny, o czym świadczy nagromadzenie czasowników, epitetów i porównań. Wynotuj je.

Ćwiczenie 1.6

Wyjaśnij, w jaki sposób Twain charakteryzuje postacie ludzkie. Jak myślisz, czy ich zachowania ukazuje obiektywnie, czy subiektywnie?

Gabriel Leonard Kamiński Mark Twain "Pod gołym niebem"

Wszystko jak u Twaina jest lekko podkoloryzowane, z odrobiną autoironii, ale za to pełne autentyczności. Dorosły, pragnący się ustatkować Twain ciągle rywalizuje z nieopierzonym Markiem Twainem, który potrafi, poszukując swego miejsca w życiu, rozbawić nas do łez, a także zmusić do głębszej refleksji. Terytorium ówczesnego Dzikiego Zachodu, stany Nevada, Montana czy Utah, to wówczas jeszcze dziewicze tereny nietknięte cywilizacją białego człowieka. Każda próba skolonizowania tych ziem wywoływała wśród pionierów masę niesamowitych opowieści. Twain do perfekcji opanował technikę łączenia wątków fantastycznych z rzeczywistymi. Wplata między to wszystko dygresje, anegdoty, zasłyszane przy ognisku historie i opowieści mrożące krew w żyłach, tworząc przy tym swoistą fabułę. Jest ona na poły przygodowo‑awanturnicza, a na poły staje się ona relacją samozwańczego podróżnika amatora. […] Rozgwieżdżone niebo pełne niesamowitych odcieni błękitu było mimowolnym świadkiem jego mniej lub bardziej fantastycznych przygód.

„Gorączka złota”, która przetoczyła się wówczas przez tamte dzikie tereny, stała się też złotą żyłą jego pisarskich inspiracji. Kruszec ten, połączony z leksykalno‑stylistycznymi dociekaniami Twaina, zyskał teraz podwójnie na swojej wartości. Zamknięty w krótkich podrozdziałach, w miarę upływu lat stał się „złotoustą” osobistą robinsonadą i odyseją młodego Marka Twaina. Jego niespokojny duch nieustannie unosi się nad horyzontem, puszczając do nas oko, tak abyśmy tak do końca nie wierzyli mu na słowo. […]

Proza Marka Twaina uzupełni Waszą wiedzę o tamtych złotonośnych czasach, kiedy prawo „wykuwano wręcz na żywo” w rewolwerowych pojedynkach, a wielkie pieniądze „wydobywano” ze zboczy gór, sprzedając akcje nieistniejących kominów i złoto‑srebrnych żył z taką bezczelnością, że pewnie koń by się uśmiał.

Mark Twain „Pod gołym niebem”

Ćwiczenie 2.1

W powyższym fragmencie recenzji powieści M. Twaina Pod gołym niebem wskaż przykłady zabiegów żartobliwego stylu pisarza i humorystycznego przedstawiania zdarzeń. Czy zgadzasz się z opinią recenzenta, który mówi, że Twain „puszcza do nas oko”? Co oznacza ten frazeologizm? Znasz inne wyrażenia o podobnym znaczeniu? Jakie?

Ćwiczenie 2.2

Znajdź w cytowanym w tej lekcji tekście Marka Twaina przykłady łączenia autoironii z autentycznością.

Na jednej linie Wandy Rutkiewicz

Wanda Rutkiewicz Na jednej linie

Moimi partnerami na pierwszej wspinaczce w Skałkach byli Bogdan Jankowski i Władek Berwiński. Wspinaliśmy się na „Sukiennice” drogą, którą wykorzystuje się do zejścia. Wówczas mówiło się, że są to „Sukiennice drogą przez czołganie”. Później ten odcinek przechodziłam w maksymalnym odchyleniu od skały, co przy pierwszym przejściu nie przyszło mi do głowy.

Wprost przeciwnie; kleiłam się do ściany, mając złudzenie, że jestem przez to bezpieczniejsza.

Po dotarciu na szczyt „Sukiennic” byłam rozczarowana, że koledzy po drodze nie wbijali w szczeliny haków. A ja tak bardzo chciałam pójść na drogę „hakową”! Sądziłam, że na drodze „hakowej” wspinający się wbijają haki i że jest ona wyższym stopniem wtajemniczenia. Tymczasem, choć rzeczywiście na trudnych wspinaczkach wbija się haki, to jednak we wspinaczce klasycznej służą one wyłącznie do asekuracji. Określenie „wspinaczka hakowa” zarezerwowane jest dla dróg, na których wspinający się korzysta z wbitych haków, używając ich jako chwytów i stopni. Wytłumaczono mi również, że okrągłe pierścienie z zamkami to nie klamry lecz karabinki i że wspinanie się po klamrach to zupełnie coś innego.

Po tych wszystkich wyjaśnieniach należało zjechać ze szczytu. Zjazdy są emocjonujące – przewieszony teren, brak kontaktu ze skałą.

Jedynym oparciem jest lina, na której wisi się w powietrzu. Pierwszy w życiu zjazd z wysokości około 20 metrów to duże przeżycie! Założyłam klucz zjazdowy, opasałam się liną, prowadząc ją przez lewe podudzie, prawy bark i plecy. Linę przed sobą trzymałam prawą ręką na wysokości twarzy, lewą zaś – linę zwisającą z tyłu, sięgającą podnóża skały. Przez odpowiedni kąt opasania liną ciała miałam regulować szybkość zjazdu. Z góry asekurowano mnie drugą liną, co jest niezbędne przy zjazdach początkujących.

Po wejściu w klucz zjazdowy wysłuchałam instrukcji, co dalej robić.

Siedząc w kluczu zjazdowym, miałam wychylać się stopniowo poza krawędź platformy szczytowej. W uszach mi szumiało, z trudnością rozumiałam, co do mnie mówią. To chyba najgorszy moment dla każdego początkującego wspinacza.

A stojący na górze ponaglali:

– No, pochyl się! Zaprzyj się nogami o skałę!

– Nie klej się do ściany! Wyprostuj nogi! Odpychaj się nogami!

A mnie drżą ręce i nogi, serce uderza szybciej. Na koniec decyzja – zjeżdżam! Pole widzenia nagle się zmniejszyło. Przestałam bać się wysokości. Powoli opuszczałam się, prawie nie słysząc pokrzykiwań z góry. W pewnym momencie usłyszałam: – Odchyl rękę do tyłu!

Posłuchałam. Zaczęłam zjeżdżać szybciej. Szybszy zjazd – szybsze przesuwanie się liny po ciele, powodujące oparzenia skóry. Czerwona pręga na nodze od liny to rodzaj pasowania na taternika. Na dole Skałki wydały mi się mniej straszne. Koledzy uznali, że już wystarczająco długo zajmowali się moją osobą, i poszli wspinać się gdzie indziej. Postanowiłam rozejrzeć się trochę. Nieco na lewo od drogi, którą niedawno przeszłam, wypatrzyłam dosyć wysoki komin skalny. Pomyślałam, że spróbuję wspiąć się w nim choć parę metrów.

Wspinaczka w kominie jest prawie instynktowna i naturalna. W szerszej części komina zapierałam się plecami o jedną ścianę, stopami o drugą i podpierając się rękoma, przesuwałam się wyżej. Po około 10 metrach komin nieco się zwęził. Zamiast stóp klinowałam kolana. Jeszcze wyżej komin był tak wąski, że utknęłam w nim zaklinowana, nie mogąc zdecydować się na wyjście. Dalsza droga wiodła bowiem stromą ścianką skalną. Po kilku przymiarkach udało mi się ją pokonać. Stanęłam na małych stopniach. Mogłam przytrzymać się ręką, ale przede mną był następny trudny odcinek. Dowiedziałam się później, że w skali taternickiej jest on określany jako „nadzwyczaj trudny”. Bez dobrych chwytów i stopni, mając pod nogami kilkanaście metrów otwartej przestrzeni, trzeba się wspiąć trzymetrową ścianą komina na łatwą już platformę podszczytową. Wycofać się tą samą drogą, którą tutaj dotarłam, nie miałam odwagi. Bałam się również pójść wyżej.

Długo nie mogłam zdecydować się na opuszczenie wygodnych stopni.

Wspinałam się metr wyżej, ogarniał mnie strach i cofałam się. Odpoczywałam przed kolejną próbą, usiłując pokonać strach.

Spoglądając w dół, zobaczyłam naraz kilka uniesionych ku mnie, zaniepokojonych twarzy. Usłyszałam chór sprzecznych poleceń i retorycznych pytań:

– Złaź natychmiast!

– Nie, czekaj spokojnie, idziemy!

– Po jaką cholerę tam lazłaś?

Któryś z kolegów zaczął wspinać się, by zabezpieczyć mnie przed spadnięciem. Zdopingowana tym i rozzłoszczona skoncentrowałam się i raz jeszcze dobrałam się do piekielnej ścianki. Strach ustąpił. Nie myślałam, co będzie, jeżeli noga ześliźnie się z mikrostopnia, a ręce zaciśnięte na obłych wypukłościach ściany nie utrzymają ciężaru ciała.

Nareszcie! Znalazłam solidny chwyt! Szybko podciągnęłam się na rękach, znalazłam się w łatwym terenie. Szczyt był tuż. Zdobyty samodzielnie, mój własny!

Czy byłam odważna? Nie za bardzo. Za ówczesną odwagą, niewspółmierną do umiejętności, kryła się nieświadomość i brak wyobraźni. Ale radość po przejściu zaważyła na tym, że pozostałam przy wspinaczce, a nie przy poprzednio uprawianych sportach. Choć nie tylko radość...

Alpinizm, a właściwie taternictwo, składało się dla mnie z trzech równorzędnych elementów: współtowarzysze, wspinaczka oraz przyroda, wśród której to wszystko się odbywało. Na pierwszym etapie wspinania najważniejsi byli ludzie. Ci, których poznałam w Skałkach, stali się dla mnie bardzo ważni. Panowała wśród nich atmosfera prawdziwej serdeczności, nowego otaczali od początku opieką, przyjmowali za swojego.

Wanda Rutkiewicz, Na jednej linie, Warszawa 1986, s. 25–28.

Przeczytaj powyższy fragment autobiograficznej książki słynnej polskiej himalaistki Wandy Rutkiewicz i odpowiedz na następujące pytania:

Ćwiczenie 3.1

Jak autorka opisuje swoją pasję i miłość do gór?

Ćwiczenie 3.2

W jaki sposób uczy się wspinaczki?

Ćwiczenie 3.3

Kto pomaga jej w oswajaniu się z górami?

Ćwiczenie 3.4

Jak myślisz, czym różni się ten autobiograficzny opis od poprzedniego fragmentu powieści Twaina Pod gołym niebem?

Ćwiczenie 3.5

Podzielcie się na dwie grupy, każda z grup pracuje nad jednym pojęciem: „odwaga”, „wyzwanie”.

  • Znajdźcie synonimy tych słów w wybranych słownikach.

  • Ułóżcie po trzy zdania z każdym z tych wyrazów.

Ćwiczenie 3.6

Pracując w grupach, odpowiedzcie na pytanie: Czym dla Wandy Rutkiewicz był alpinizm?

Sporty ekstremalne

Ćwiczenie 4.1

Jakie znasz sporty ekstremalne? Wynotuj je do zeszytu.

Ćwiczenie 4.2

Określ, jakie umiejętności oraz cechy charakteru powinna mieć osoba, która uprawia sporty ekstremalne.

Ćwiczenie 5

Obejrzyjcie prezentowane w galerii zdjęcia przedstawiające ludzi, którzy uprawiają sporty ekstremalne. Następnie opiszcie wybrane fotografir

Zadaniowo

Ćwiczenie 6

Rozrysujcie mapę myśli pojęcia „alpinizm” (zob. Konteksty).

Ćwiczenie 7

Zinterpretuj pisemnie sformułowanie Erica‑Emmanuela Schmitta:

Być mądrym to nie znaczy patrzeć z boku na swoje życie
niczym wygnaniec. Być mądrym znaczy poślubić życie wraz z 
całym jego bólem, chaosem, rozczarowaniem,
zawirowaniami. Chodzi o to, by się udało w tym wszystkim
znaleźć równowagę.

Ćwiczenie 8

Opisz – zachowując narrację pierwszoosobową – najzabawniejszą przygodę ze swego życia i opatrz ją rysunkiem.