Pokaż spis treści
Wróć do informacji o e-podręczniku
Okładka - pisanie dziennika Źródło: pixabay, licencja: CC 0.
pixabay, licencja: CC 0

Dlaczego czytamy i piszemy dzienniki? Czytamy pewnie dlatego, żeby poznać bliżej autorów, żeby wejść w ich prywatność i poznać sekrety. Żeby dowiedzieć się, co tak naprawdę myśleli o świecie i o innych ludziach. Żeby zrozumieć również ich teksty. Czyż to nie oczywiste? Tak samo z pisaniem dzienników. Tworzymy je, żeby opisać siebie i to, co nam się przydarza w relacjach ze światem. Wychodzi na to, że najważniejszą funkcją dzienników jest dokumentowanie. To oczywiste.

A jednak jeśli przyjrzeć się dziennikom dokładniej, to nie wszystko będzie takie proste. Dzienniki pisarzy to wbrew wszelkim pozorom teksty bardzo nieoczywiste. Bardzo długo nie były w ogóle traktowane jako literatura, teraz stanowią jej formę kanoniczną. Niegdyś traktowane jako powiernik najbardziej intymnych sfer egzystencji, obecnie bywają narzędziem ekshibicjonistycznego pokazywania całego siebie. Dawniej były przede wszystkim dokumentem, dziś nikt nie oburza się wcale, gdy w dzienniku napotyka na zmyślenie. Lektura dzienników stawia przed czytelnikami określone wymagania. Nie wszystko, co piszą autorzy dzienników, jest prawdą, co oczywiście nie oznacza, że jest kłamstwem. Czytelnicy oswojeni z literaturą dobrze jednak wiedzą, że literatura to taka fikcja, która nie jest oszustwem.

Już wiesz

Przygotujcie informacje na temat ruchu kobiecego w Polsce.

Teksty kultury

Ćwiczenie 1

Porozmawiajcie na temat pisania dzienników. Odpowiedzcie na pytania:

  • Czy tylko literaci piszą dzienniki?

  • Kto jeszcze pisuje dzienniki?

  • Czy znacie kogoś, kto prowadzi dziennik?

Zofia Nałkowska
przed 1945, domena publiczna

Zofia Nałkowska

Jedna z największych i najważniejszych osobistości polskiej literatury, arcymistrzyni prozy. Autorka powieści, dramatów, dzienników i esejów.
Powojenna twórczość Zofii Nałkowskiej zaczęła się od Medalionów (1946). Oprócz tego zbioru opowiadań pisarka opublikowała jeszcze powieść Węzły życia (1948), zbiór opowiadań Charaktery dawne i ostatnie (1948), zbiór esejów Widzenie dalekie i bliskie (1957) oraz książkę o swoim ojcu - Wacławie Nałkowskim Mój ojciec (1953). Pisarka cały czas kontynuowała pisanie Dziennika.

Zofia Nałkowska pisała swoje Dzienniki przez wiele lat. Pierwsze zapiski pochodzą z roku 1896, ostatnie powstały w ostatnich dniach przed śmiercią pisarki – w roku 1954. Stanowią dzieło olbrzymich rozmiarów, które wydane zostało w 6 tomach, na które składa się aż 9 książek.

Dzienniki Nałkowskiej są wielkim dziełem nie tylko z uwagi na gigantyczne rozmiary. Są świadectwem dramatycznych czasów (wojna, Holocaust, komunizm), ważnym autokomentarzem do innych utworów pisarki, wreszcie literackim obrazem niebanalnej jej osobowości. Są także dziełem, które ma swój wymiar filozoficzny i obrazuje przejście od przednowoczesnego, substancjalnego podmiotu do podmiotu nowoczesnego. Tak bowiem przebiegała ewolucja filozoficznego i antropologicznego myślenia Zofii Nałkowskiej. W skrócie można by powiedzieć, że na samym początku Nałkowska jest egocentryczna, a później myśli już interakcyjnie.

Pierwsze fragmenty Dzienników są zatem egzaltowane, pensjonarskie i dziewczęce. Niemniej jednak już wtedy nawet najbardziej megalomańskie dziennikowe zapiski Nałkowskiej są rodzajem przenikliwej autoanalizy. Następne są opisami inicjacji w różne wymiary kobiecości. Przedstawiają na przykład trudne doświadczenia w kolejnych związkach z mężczyznami. Pokazują też stopniowe osiąganie sławy i pozycji w świecie literackim. Wojna to inny ważny temat tego dziennika. Ostatnie notatki dziennikowe to zmaganie się ze starością i świadomością nieodległej śmierci. Można by więc powiedzieć, że to traumatyczne doświadczenia w największej mierze wyznaczają rytm Dzienników Zofii Nałkowskiej.

Większość istotnych egzystencjalnie doświadczeń Zofii Nałkowskiej dotyczyło prywatnej czy wręcz intymnej sfery jej życia. Należą do nich doświadczenie kobiecości i wszystko, co się na nie składa: cielesność, związki z mężczyznami, relacja z matką, starość. Znaczenie dziennikowych zapisów dotyczących tych wątków należy podkreślić. Nie były one wcześniej tematem literatury, ponieważ nie było w literaturze kobiety jako autorki. A jeśli była, to nie mogła pisać o sobie samej. Temat kobiecych doświadczeń długo pozostawał tematem niestosownym. Zofia Nałkowska należy do tych autorek, które w sposób najbardziej zdecydowany kwestionowały tę tabuizację.

Teksty kultury (II)

Zofia Nałkowska Dzienniki 1899‑1905

Warszawa, 8 I 1902. Środa
[...]
Wszystko, co spotyka mię w życiu, rozpatruję l i t e r a c k o ; mam specjalną formę przyjmowania wrażeń, specjalną formę marzeń i wspomnień, w ogóle myśli – formę, że tak powiem – epiczną. Siebie przedstawiam sobie zawsze w trzeciej osobie, akcję – w czasie przeszłym, uczucia w formie wyrazów twarzy, póz i gestów, marzenia – w formie czegoś, co się już stało i jest opowiadane. Najdrobniejszy epizod w mym życiu przyjmuje w mym umyśle formę nowelki, jakiś nowo spotkany typ człowieka jest moim bohaterem powieści, czyjeś trafne lub charakterystyczne wyrażenie – mottem do jakiegoś utworu. W mym życiu nie ma bezpośredniości wrażeń; w godzinach rozmowy, śmiechu, zabawy – mózg pracuje mi bezustannie, z natężeniem i uporem, nad literacką formą wszystkiego, co przyjmuje jako wrażenia z zewnątrz.

[...]

O ile żyję literacko, o tyle ten dziennik piszę żyjąc. Tu nie ma „literatury”. Pisząc – spieszę się zawsze, by umieścić jak najwięcej, by możliwie mało opuścić – o formę nie dbam, fakty tłoczę jeden nad drugim, opuszczam refleksje i efekty. Tym sposobem osiągam pewną bezpośredniość, pewną świeżość życia – którą bardzo cenię. Nie ma tu nic z tych okresów, artystycznie cyzelowanych w spokojne chwile oczekiwania snu lub w leniwe, ciemnawe poranki. Jest akcent pośpiechu i szczerości, jak w starej „letopisi”, jak w szkicu, z którego artysta zrobi obraz, jak w notatce do psychologicznego studium. Wszystko to napisałam, dlatego, byście sądzili, że nie jestem tak głupią, jak by się to zdawało z tego dziennika, byście wiedzieli, że prócz tego życia, jakie tu się odbija – mam jeszcze w sobie inne, dziesięć – sto innych.

[...]

Warszawa, 28 I 1902. Wtorek
[...]
Byłam tam najładniejszą i jedną z najładniej ubranych; mam tę rzadką zaletę, że ubranie, choćby najskromniejsze, jest na mnie eleganckim; zwłaszcza ślicznie leżała suknia – między moimi nie mam tak ładnie uszytej. Teoretycznie byłam z tego zadowolona – ale w rzeczywistości nie miałam już sił na zadowolenie; nie miałam sił na błyszczenie i flirt, nie miałam też nadzwyczajnego powodzenia. Taka konwencjonalna wesołość, sztywny uśmiech na ustach, obojętna uprzejmość, dla wszystkich jednakowa – nie pociąga. A we mnie już nie było prawdziwej wesołości. Stale asystowało mi dwóch zupełnie nieszczególnych panów, a pewien student, wodzirej, który wydał mi się najbardziej miłym – zajmował się bardziej pewną pensjonarką – brzydką i głupią, ale wesołą i flirtującą na zabój. Owa pensjonarka właśnie przypomniała mi mnie sprzed dwóch lat, kiedy sama siebie gorszyłam swą kokieterią; jednakże patrząc na jej zalotne miny, słysząc z ust jej grad wyrazów, jak „facet”, „sztubak”, „fafuła” – pocieszałam się, że nawet w czasach pensjonarskich, we flircie z uczniami, nie przestawałam być wykwintną – a później zdziwiłam się, że to ja, która mam się za wolnomyślną i gardzącą opinią ludzką – należę do tych, które od życia wolą świadomość, że go nie użyły. Tańczyłam dużo – bez końca, bez ustanku – i widziałam się co chwila w którymś z luster długich do ziemi – jasną, zgrabną i wesołą – jakby nie siebie, w jakichś czarnych objęciach, z odchyloną głową, uśmiechem na spieczonych, czerwonych ustach, brylantowym blaskiem w oczach. Gdybym tak na siebie patrzyła nie ja – tobym sądziła, że jestem szczęśliwa i upojona tańcem. Ludzie zamęczają mię obecnie „inteligentnymi” rozmowami; są nad wyraz zainteresowani mym zdaniem o Przybyszewskim, o Weselu Wyspiańskiego – a następnie wytaczają zabójcze baterie przeciw chorobliwości, dekadencji, brakowi idei. Boże – jak mię to niemożliwie nudzi i męczy! Jak mi zupełnie wszystko jedno, czy poezja ludzi do życia i czynu pobudza, czy też ich zniechęca, czy modernizm ma przyszłość przed sobą, czy Przybyszewski jest już w Tworkach, czy nie jeszcze, czym Wyspiański różni się od Kasprowicza lub Tetmajera. – Mówią mi, że w literaturze nie ma tej siły, co za czasów romantyzmu – a nie czytali Ady NegriSnów o potędze Staffa, narzekają na niezrozumiałość utworów doby ostatniej, a utrzymują jednocześnie, że Rosmersholmu, Epilogu, Budowniczego Solnessa ani John Gabriel Borkman. W każdej przerwie między tańcami zamęczają mię głupotą. A podczas kolacji mój towarzysz z jednej strony rozśmiesza całe towarzystwo, deklamując wiersz modernistyczny pt. Syczący syk, a sąsiad z drugiej, mały, tłusty, czerwony studencik broni „dekadentów”, gdyż właśnie przeczytał Wesele i podobało mu się.

[...]

Warszawa, 28 III 1903. Sobota
W dzienniku moim strasznie mało odbija się życie poza mną. Złe to jest nie dlatego, że odbiera mym zwierzeniom wartość historyczną dokumentu, ale że nie daje tła własnej mej psychice. Wszelkie sprawy prasowe, towarzyskie, polityczne – w życiu interesują mię i odbijają się na mnie w pewnym stopniu – a tutaj nie chce mi się o nich pisać. Nie zapisuję tu mych myśli o życiu, ciekawych niekiedy spostrzeżeń, w ogóle nie widać tu wcale, że jestem wyjątkowo mądra. Piszę rzeczywiście tylko dla siebie. Dziennik ten nie ma celu, ma tylko przyczynę – chęć wypowiedzenia tego, czego ludziom nie mówię, wierszem napisać nie potrafię, a w noweli przeprowadzić nie mam nadziei.

Zofia Nałkowska, Dzienniki 1899-1905, oprac. H. Kirchner, Warszawa 1975, s. 195–196.
Zofia Nałkowska Dzienniki 1930‑1939. Część 1

Warszawa, 20 V 1934
Myślałam, że wbrew umowie przyjedzie jednak dziś. Ta tęsknota jest niecierpliwa i głodna, jest młoda i przenikająca rozkoszą. Może nie byłoby mi tak trudno przełamać tę jego nieufność, wystarczyłoby zezwolić sobie na gest szczerości i prawdy. Ale do wszystkich dawnych zahamowań przybywa jeszcze to ostatnie i najważniejsze, to konieczne. Zwłaszcza że to jest tylko naturalne, tak proste, że tyle jest gotowych na to schematów: Rousseau i pani Warens, Constant i pani de Charrière, Constant i pani de Staël, pani de Staël i pan de Rocca (poślubiony)… I George Sand, i przedtem pani de Lespinasse (pan de Mora, którego zdradziła, zanim umarł, i nawet Guibert) , i niewątpliwie biograficzny Chéri Colette . Te schematy są wstydliwe i o sobie się myśli, że to jest inaczej. A to jest tam samo. – Wstaję już, jeszcze nie wychodzę. Jest zimno. Nikogo nie przyjmuję, nikogo nie chcę widzieć prócz niego. – Jakąkolwiek przyczynę z dwóch możliwych ma to, co mię niepokoi, obie są dla mnie złe. Co tu mówić, jestem stara i po prostu kończę się, kończę. A w tych udrękach przemyka dnem ten sam dreszcz szczęścia, co dawniej. I zamierając ze strachu o siebie, z żalu za tamtym, z tęsknoty za tym – przebywam w nieustannym upojeniu.

Zofia Nałkowska, Dzienniki 1930-1939. Część 1, oprac. H. Kirchner, Warszawa 1988, s. 449–450.
Zofia Nałkowska Dzienniki 1930‑1939. Część 2

Warszawa, 12 IX 1938
Gdy jestem zdrowa, gdy pracuję jak opętana goniąc Niecierpliwych, którzy już od miesiąca wychodzą w „Gazecie Polskiej”, gdy żyję normalnym swoim życiem, lubiąc mieszkanie, chodząc nad wieczorem po pracy na piękne jesienne spacery – wtedy nie zapisuję tutaj nic. I ten skrót deformujący – jak każda relacja literacka – sprawia, że ten dziennik jest tak fałszywym obrazem mego życia: zostają same choroby i erotyczne niepowodzenia. Jest bowiem – jak powiedziała w Krystynie Sygryd Undset – jednak „więcej rzeczy dobrych”. Czy nie tak samo literatura moja fałszuje nawet ten już raz przez tematyzację zdeformowany obraz życia. Stany, w których mogę – albo muszę – pisać, decydują o wyborze elementów mego stosunku do życia, które zostają utrwalone w mych książkach. To więc, co wynika z mego pisania, określa się nie tym, jaka jestem w ogóle, ale j a k a j e s t e m w t e d y , g d y p i s z ę. Chociaż i tu oczywiście można to sprostować tak: to, jaka jestem, gdy piszę, wynika przecież w jakiś sposób z tego, jaka jestem w ogóle. Tak – ale na przykład ponurość i defetyzm Niecierpliwych zaprzecza mojej istotnej zgodzie na życie, dementuje ją czy wymija. Właściwie: o p u s z c z a . Boję się tej powieści i jej losu, nie umiem jej całej opanować, wiem, jak jest zła. To nie są autorskie „zwątpienia”, to jest doskonałe widzenie swego ubóstwa środków, swej bezradności wobec przemocy fragmentów. Gubię się w tym, co rozpętałam sama, daję się temu ogarnąć, nie mam nad tym władzy. Przebieg pisania rozsadza i zniekształca to, co obmyśliłam z góry, nic nie da się utrzymać w tych połamanych ramach.

Zofia Nałkowska, Dzienniki 1930-1939. Część 2, oprac. H. Kirchner, Warszawa 1988, s. 334–335.
Zofia Nałkowska Dzienniki 1945‑1954. Część 1

Polanica, 15 IX 1946
Poranki, poranki. Myślę o świadomości, że to jest tekst tego, co dzieje się z ciałem. Towarzyszy tym przebiegom, nazywa je. Doświadczyłam młodości, z całą o niej wiedzą. Mówiłam: pamiętaj, że jesteś młoda.I jeszcze mając lat piętnaście, powtarzałam: pamiętaj, że za drugie tyle będziesz jeszcze młoda. Teraz w tym samym uważnym skupieniu doświadczam starości. Wiem, wszystko wiem. Jak zawsze dawniej: widzę siebie z zewnątrz, oglądam się dokładnie oczyma ludzi. To widzenie jest nieżyczliwe. Ale byłoby gorzej, gdyby było współczujące. W mej starości jestem waleczna. Jestem mężna. Nie popuszczam sobie cugli. Nawet teraz, w chorobie – dokładam starań, aby być gładka, czysta, wyświeżona. Mój maquillage nie jest przesadny, ale nie pokazuję się ludziom nigdy w stanie nature. Maquillage nie aktorski, nawet nie dyplomatyczny. Daje się dostrzec, oczywiście, ale jest powściągliwy. W ubraniu jednak p r z e d jego wygodą idzie estetyka, linia, właściwość. Oczywiście nie jestem pewna, czy oględziny z zewnątrz kwitują te zabiegi. Natomiast nie doznałam, jak należy, wieku dojrzałego: spokoju, osiągnięcia, utwierdzenia się w swej jakości. Pisząc – byłam zawsze niezadowolona swą teraźniejszością, zbierałam się do następnej książki jak do skoku. Żyjąc – węszyłam w sobie starość, nie mając jeszcze lat trzydziestu. Nie miałam wieku dojrzałego, jak święty Augustyn – teraźniejszości. Teraz: czy doświadczyłam szczęścia? Chyba tak. Przelotnie – w paroksyzmach każdej nowej miłości, zanim zaczęła mnie dręczyć. Początek Gorzechowskiego – olśnienie jego obcą jakością. Także czas, gdy myślałam, że kocha mię Szalit. A nawet może: gdy jego kochałam. Później już nic. Chyba same zaczątki Bogusława, owo „dotrzymanie obietnicy” przez muzykę. To w miłości. Ale trwałe stany szczęścia były gdzie indziej. Mama, Górki, powroty do domu. Straszliwa za tym tęsknota jest istotą starości. Tylko za tym szczęściem, nie za miłością. Jeszcze szczęście w twórczości. Niekiedy pomyślne ataki megalomanii w czasie pisania. Jednak – dobrze zważywszy – źródłem szczęścia była tylko twórczość cudza. Doznawana jako umocnienie w „swoim”, jako potwierdzenie.

Zofia Nałkowska, Dzienniki 1945-1954. Część 1, oprac. H. Kirchner, Warszawa 2000, s. 286–287.
Zofia Nałkowska Dzienniki 1945‑1954. Część 2

[Krynica], 11 VIII [19]52
(…)
Jest w „Nowej Kulturze” moje przemówienie sejmowe o prawie autorskim (w tym samym numerze [32] opowiadanie Bogusława Mój przyjaciel Majek). W „Tygodniku Powszechnym” tajemny J.M.S. roztrząsa mię na widłach, podważając sądy o mnie zarówno Macha, jak Iwaszkiewicza pod tytułem Estetyzm i witalizm Nałkowskiej, zresztą bez niechęci.

Powinnam być „taka”, jak widzą mię ludzie, nie taka, jak myślę, że jestem – zgodnie z własną formułą z Granicy. Ale trudno mi to osiągnąć. Każde odezwanie się ludzkie, pokazywanie mnie sobie, oglądanie, podchodzenie nieznajomych – to jest niby ta sława. Do tego w stylu „pięknej starości”. Aliści uczuwam to jak konwenans, jak całkowite nieporozumienie, jakby nie mnie dotyczyło.

Zofia Nałkowska, Dzienniki 1945-1954. Część 2, oprac. H. Kirchner, Warszawa 2000, s. 605.

Po przeczytaniu fragmentów Dzienników odnieś się do poniższych pytań i poleceń.

Ćwiczenie 2.1

Scharakteryzuj formę diariusza Nałkowskiej.

  • Wymień sfery tematów podejmowanych w Dziennikach.

  • W jakim stylu pisze autorka?

Ćwiczenie 2.2

W zapisie z dnia 8 I 1902 r. Nałkowska pisze, że wszystkie swoje życiowe doświadczenia „rozpatruje literacko”. Jak rozumiesz to sformułowanie?

Ćwiczenie 2.3

Jak rozumiesz deklarację autorki, że „żyje literacko”, a dziennik „pisze żyjąc”?

Ćwiczenie 2.4

Na czym polega fałszująca specyfika literatury, o czym pisarka wspomina 12 IX 1938r.? Gdzie szukać „prawdziwej „Nałkowskiej”, w dziennikowym pisaniu czy w „życiu”? Jak zapis z 11 VIII 1952 modyfikuje te deklaracje?

Ćwiczenie 2.5

Porównaj zapisy z 8 I 1902, 28 I 1902 i 15 IX 1946. Na ich podstawie scharakteryzuj Zofię Nałkowską z czasów młodości i starości.

Ćwiczenie 2.6

Jak 20 V 1934 Zofia Nałkowska pisze o swojej miłości do Bogusława Kuczyńskiego?

Konteksty

Komentatorzy wielokrotnie podkreślali głęboką spójność bardzo różnorodnej twórczości Zofii Nałkowskiej. Ta jednolitość nie wynikała jednak – jak czasem sugerowano – z doskonałego opanowania pisarskiego rzemiosła. Brała się raczej z konsekwentnego podejmowania przez pisarkę jednego tematu – kobiecych doświadczeń. To główny wątek powieści, dramatów, esejów i dziennika.

Pierwszorzędne znaczenie kobiecych bohaterek – czy ogólniej: kobiecości – w powieściach i dramatach Zofii Nałkowskiej nie było zatem sprawą przypadku. Pisarka ta już dwudziestoleciu międzywojennym odgrywała znaczącą rolę w konsolidującym się ruchu feministycznym czy – jak wówczas mówiono – kobiecym. Na wiele sposobów była w działania tego ruchu zaangażowana. Ważną częścią tych działań były prace publicystyczne. Jak łatwo stwierdzić, wiele z wątków pojawiających się w esejach i referatach Nałkowskiej pojawiało się w jej powieściach i dramatach.

Co ciekawe, niektóre poglądy Nałkowskiej na tzw. sprawę kobiecą były tak radykalne, że aż gorszyły inne przedstawicielki ruchu feministycznego. Legendarne stało się jej wystąpienie na warszawskim Zjeździe Kobiet, gdzie przeciwstawiała się propagowanej przez ówczesne feministki pochwale cnoty i macierzyństwa, domagając się większej swobody erotycznej dla kobiet. Przewodnicząca obradom Maria Konopnicka oburzona skrajnością propozycji Nałkowskiej wyszła z sali w trakcie jej referatu. Oczywiście, pozostała część publiczności zafundowała referentce owację.

Zofia Nałkowska Uwagi o etycznych zadaniach ruchu kobiecego. Przemówienie wygłoszone na Zjeździe Kobiet

Pewna grupa kobiet, która wysłuchała tu obrad Zjazdu w sekcjach prawno‑politycznej і etyczno‑społecznej, doszła do wniosku, że w obradach tych ważna dziedzina dążeń kobiety najmłodszej nie znalazła dotąd wyrazu. Grupa ta zwróciła się do mnie z żądaniem, bym w jej imieniu zabrała głos na tym miejscu і wyraziła protest kobiet najmłodszych przeciwko stanowisku, jakie wobec indywidualnych pragnień kobiety zajął dotychczas wypowiadający się tu ogół.
Będąc świadomą, że mój pogląd na istotę etyczną ruchu kobiecego jest bardzo odosobniony, zaznaczam tylko fakt, iż staję tu nie z własnej inicjatywy; za przekonania jednak, które tu wypowiem, odpowiedzialność biorę li tylko na siebie osobiście.
Ten pierwszy Zjazd Kobiet Polskich, od którego spodziewałyśmy się, że otworzy erę w dziejach ruchu kobiecego, nie przyniósł nic nowego dla nas. Z pism і broszur wiemy już, że mamy prawa do praw, że prostytucja istnieć nie powinna; znamy też dobrze wszystkie argumenty dowodzące, że kobieta doprawdy jest człowiekiem.
Zjawisko to było zrozumiałe zupełnie w sekcji prawno‑politycznej. Nie znamy się dotąd na tym – і powtarzamy to, co już przedtem powiedzieli mężczyźni, żądamy powszechnego prawa wyborczego, o które і oni walczą. Toteż najistotniejszy wyraz naszych żądań równouprawnienia politycznego dali na tym miejscu mężczyźni prawnicy.
Za to w dziedzinie etyki kobieta jako taka ma coś do powiedzenia. A jednak і tu — prócz jednego śmielszego głosu panі Sempołowskiej — słyszeliśmy tylko to, co już przedtem mówione było wielokrotnie, co równie dobrze powiedzieć mogą mężczyźni. Nie powiedziano tu nic takiego, co powiedzieć może tylko kobieta і jak kobieta, nie usłyszeliśmy tu tego krzyku prawdy, który dotąd nieznany jest światu. Nie padło stąd wyznanie wiary kobiety nowej, kobiety najmłodszej, nie padło stąd słowo nowe, słowo śmiałe, słowo rewolucyjne.
Na obradach sekcji etyczno‑społecznej mówiono między innymi wiele o prostytucji.
Jest rzeczą zupełnie śmieszną і z logicznego punktu widzenia wprost niewiarygodną, że sprawą prostytucji zajmuje się ruch kobiecy, a więc my, kobiety. Jakże możemy rozprawiać o prostytucji, gdy nam ich znać nie wolno, jak możemy decydować o ich losie, nie mogąc zapytać ich o zdanie? My przecież dotąd o życiu mamy najdziwaczniejsze, najbardziej teoretyczne, abstrakcyjne pojęcia. Cały bowiem stosunek życia do nas polega na mistyfikacji, o brutalnych prawdach jego dowiadujemy się z trzecich ust. O roli prostytucji w tym życiu wiemy również tylko z fantastycznych opowieści mężów naszych.
Wszakże і tu, na tym Zjeździe Kobiet, nie ma ani jednej prostytutki, wszakże tu nawet, gdzie od nas decyzja zależała, przyjęłyśmy biernie narzuconą nam przez przeszłość klasyfikację na kobiety z towarzystwa і nie z towarzystwa, zaakceptowałyśmy podział, oparty li tylko na stosunku naszym do mężczyzny, nie wniosłyśmy nowego kryterium, przyjmując biernie і niewolniczo panujący wzór cnoty.
Gdybyśmy jednak mniej polegały na wiadomościach, jakich nam o tym świecie udzielali mężowie nasi ze swych spostrzeżeń kawalerskich, tylko same miały odwagę go badać – w innym nieco świetle ujrzałybyśmy istotę і przyczynę prostytucji, niż nam tu ukazane zostały.
Brano tu wciąż pod uwagę proletariuszki prostytucji, pozostawiając na boku sfery uprzywilejowane tego świata. Nie słyszeliśmy tu ani słowa o tak zwanych kokotach, o świecie utrzymanek, a dalej – o całym legionie kobiet żyjących na wiarę, uprawiających wolną miłość. A jednak ten świat właśnie nadaje się do badań etycznych і komplikuje dylemat, tak łatwo tutaj rozwiązywany.
Nie nędza bowiem jest jedyną przyczyną і cechą zasadniczą prostytucji, bo nędzę spotykamy dziś w najróżniejszych dziedzinach życia, nie handlowanie ciałem jest przywilejem wyłącznym prostytucji, bo my, kobiety tak zwane uczciwe, aż nazbyt często w małżeństwach naszych sprzedajemy prócz ciał jeszcze і dusze. Przyczyną prostytucji jesteśmy my, kobiety uczciwe, my, których cnota, których etyczne ideały czystości uwarunkowane są li tylko przez istnienie prostytucji. Rośniemy na niej jak sztuczne kwiaty na bagnie – і my to bez niej obejść się nie możemy, nie mężczyźni. Im potrzebna jest tylko kobieta, nam potrzebna jest tylko prostytutka. Otaczając wzgardą kobietę uwiedzioną, zrywając znajomość z kobietą, która uciekła od męża, gubiąc w opinii naszej każdą kobietę wyzwoloną jako upadłą, ostracyzmem towarzyskim і społecznym odsuwając ją od źródeł zarobkowania — my to właśnie, kobiety uczciwe, kobiety szanujące się — czynimy z niej prostytutkę lub popychamy w szeregi demi‑monde’u. Stąd cechą zasadniczą prostytucji, wspólną dla wszvstkich jej sfer w najszerszym pojmowaniu, jest stanowisko, jakie wobec niej zajmuje pozostałe społeczeństwo kobiece, jest pariasowe piętno pogardzanej kasty.
Owa cnota nasza і czystość, uwarunkowana, organicznie związana z istnieniem prostytucji, sprawiła, że dziś ręce nasze składają troskę o etyczne odrodzenie ludzkości, w programie ruchu kobiecego widnieje propaganda czystości obyczajów.
Zobaczmy, jakie do działalności tej mamy kwalifikacje.
Życie otacza kobietę dotąd fałszem konsekwentnym, fałszem nieustającym. Dotąd patrzymy na nie przez pryzmat naszej niewoli. Przez małe okienka wybite w klatkach naszych na świat. Wiemy ze statystyk і broszur, że prostytucja istnieje, wiemy, że mąż przyjaciółki naszej nie jest wierny, a nasz jest wyjątkiem, znamy grzechy własne і pod ścisłym sekretem grzechy przyjaciółki. Ale całokształt życia jest dla nas tajemnicą.
A powinnyśmy być tego świadome і pamiętać, że cały ustrój dzisiejszego życia erotycznego opiera się na jawnej poligamii i głęboko pod poziomem życia ukrytej albo daleko poza nawias życia wyrzuconej poliandrii. Większa czystość ogółu kobiet od ogółu mężczyzn nie jest wynikiem naszej moralnej przewagi, lecz, produktem przystosowania do warunków niewoli – і nie możemy być z niej dumne. Też same względy każą nam miłość naszą obwarowywać małżeństwem, co prostytutkom – brać za nią pieniądze; jest to instynkt samozachowawczy nakazujący zależnej ekonomicznie kobiecie zabezpieczać się wobec ponoszonych przez nią ciężarów życia erotycznego – zarówno w postaci macierzyństwa, jak w postaci wystrzegania się go. Uczciwość tak zwana jest przywilejem kobiet najbardziej od mężczyzny uzależnionych, to jest panien na wydaniu і mężatek. Całe legiony kobiet niezależnych ekonomicznie і towarzysko dzięki posiadanemu stanowisku lub fachowi, począwszy od wielkich artystek, aktorek, śpiewaczek, skończywszy na bonach, szwaczkach, kelnerkach – nie kwalifikują się już tak dobrze do propagandy czystości obyczajów. Kobieta, stając się niezależną, traci cechy w niewoli nabyte.
Działalności etycznej ruchu kobiecego inne otwiera się zadanie; nie możemy sprowadzać jej do tego, byśmy się stały infirmerkami dla zdegenerowanych, zmęczonych przesytem mężczyzn і ze względów higienicznych polecały im czystość obyczajów. Jest to rzecz lekarza, nie kobiety.
Naszym zadaniem w dziedzinie etyki jest przewartościowanie gruntowne zasad etyki rządzącej dzisiaj nami. Dzisiejszy podział kobiet na moralne і niemoralne jest dokonywany z punktu widzenia mężczyzny. Wyzwolenie nasze musi nam dać nowe zupełnie kryterium klasyfikacji, nowy cenzus etyczny. Nie właściwości erotyczne, nie nasz stosunek do mężczyzny powinien orzekać o naszej moralności. Walcząc o równouprawnienie polityczne і ekonomiczne, nie wolno nam zapominać, że nie jesteśmy obywatelkami, póki nasze należenie do tej lub owej grupy społecznej, do związku, póki nawet prawo uczestnictwa w zjazdach kobiecych zależeć będzie od tego, jakie są nasze prywatne sprawy miłosne. Jest to przeżytek mijającego już okresu, kiedy całym psychicznym światem kobiety była miłość.
My, kobiety nowe, nową moralność wprowadzać mamy obowiązek na miejsce moralności niewolnic kochających – і to jest istotne etyczne zadanie ruchu kobiecego, a nie malowanie pozieleniałych średniowiecznych kajdan ascetyzmu na nowe barwy etyki і higieny. Do dzisiejszego zdemoralizowania doszła ludzkość nie przez swobodę życia, lecz przez jego skrępowanie. Im surowsze na życie і miłość nałożymy pęta, tym bardziej zwyrodniale natura nasza będzie usiłowała je obchodzić.
Owo dążenie do czystości ma swoje źródło w przesycie і zmęczeniu życiem u mężczyzny. Swą tęsknotę do zdrowia і normalności narzuca on dziś kobiecie w imię dobra przyszłych pokoleń. Nie miłość ma być sprawdzianem moralności związku małżeńskiego, lecz zdrowie. Poświęcić mamy wszelkie indywidualne żądania erotyczne dla dobra dzieci – po to, by znów dzieci te poświęcały się w podobny sposób dla dobra następnych pokoleń. Тę drogę – odrzucając z życia całe piękno, cały poryw і żywioł uczucia, uczynimy ze świata jedną wielką stajnię racjonalnej hodowli zwierząt ludzkich. Całe wysubtelnienie, cały wykwint życia, cała kultura tak zwana niezdrowa, cała nerwowość і wrażliwość zostanie za pomocą przedmałżeńskich świadectw lekarskich od udziału w tworzeniu przyszłego pokolenia usunięta, a najdogodniejszymi ojcami dzieci naszych staną się pp. Fryszteński і Cyklop‑Bieńkowski.
Do takiej etycznej metamorfozy życia kobieta nowa ręki przykładać nie powinna. Zdrowie fizyczne nie może być celem naszych dążeń ogólnoludzkich, lecz środkiem jedynie do ich urzeczywistnienia. A zbyt wiele literaturze і sztuce dali ludzie nie odpowiadający owym postulatom racjonalnej hodowli. Rousseau, Leopardi, Verlaine і cały szereg innych.
Tenże ruch etyczny usiłuje і całe życie erotyczne kobiety sprowadzić do obowiązków macierzyństwa. Jeden z lekarzy, opierając się na zeznaniach swych pacjentek, ogłosił, że dziewięćdziesięciu procentom kobiet niedostępne są wzruszenia erotyczne, a przeto jedynym motywem do zawarcia małżeństwa jest dla nich potrzeba macierzyństwa. Pomijam, że były to zeznania kobiet niezdrowych; zeznania te skądinąd nie mają znaczenia, mianowicie – w tych razach kobiety nigdy nie są szczere. Należałoby spytać, czy kobiety, zdradzając mężów swych z kochankami, czynią to też tylko dla umartwienia, czy rzucając się dziesiątkami z okien na kamienie lub z brzegów rzeki w głębinę z obawy przed grożącym macierzyństwem też macierzyństwo mają tylko na celu w miłości?
Gdybyśmy mieli możność poznać szczerze uczucia kobiety, dowiedzielibyśmy się, że і u niej, jak u mężczyzny, potomstwo jest skutkiem, nawet celem erotyzmu, ale nie jego jedynym motywem.
Kobiety nie umieją, nie lubią, nie chcą wypowiadać się szczerze, kłamią w stosunku do świata і w stosunku do siebie, grają rozliczne role przez inercję niewoli – a szczerości w myślach, postępkach і czynach lękają się niesłychanie.
Jest jednak dziedzina, w której indywidualność kobiety zaczyna się uzewnętrzniać szczerze. Dziedziną tą jest literatura і sztuka. Z poezji Zawistowskiej, Ostrowskiej і Liliany, z utworów Mariona, Bohowityna, Theresity bije na koniec szczery і nagi krzyk wyznania. Те kobiety mówią nam o duszy kobiecej coś nowego. I tu dopiero – pod osłoną pseudonimów, pod osłoną martwoty drukowanego słowa znajdujemy nie apoteozę macierzyństwa, nie apoteozę czystości і cnoty – ale żądanie wolności indywidualnej, lęk przed nowym stawianiem nas na koturny etyczne, bunt przeciw niewoli – żądanie wolnego, świadomego, nieskrępowanego najbardziej nawet złotymi łańcuchami życia.
My, kobiety najmłodsze, za pierwsze zadanie etycznego ruchu kobieceqo uznać musimy zmianę naszego kryterium etycznego. Те z nas nieuczciwe są tylko, które nie szanują praw innej jednostki, te z nas nieuczciwe są, które krzywdzą, które kłamią – a kto wie, czy nie my właśnie, kobiety uczciwe, kłamiemy najwięcej.
Świadectwem naszego psychicznego wyzwolenia będzie odwaga – strącenia poetycznej glorii z naszej wieczno‑kobiecej hipokryzji, będzie odwaga rzucenia w świat okrzyku:

Chcemy całego życia!

Zofia Nałkowska, Uwagi o etycznych zadaniach ruchu kobiecego. Przemówienie wygłoszone na Zjeździe Kobiet, [w:] tejże, Widzenie bliskie i dalekie, Warszawa 1975, s. 235–240.

Po przeczytaniu tekstu odpowiedz na pytania.

Ćwiczenie 3.1

Jak Nałkowska ocenia dotychczasowe osiągnięcia ruchu kobiecego?

Ćwiczenie 3.2

Co – zdaniem referentki – może powiedzieć jedynie kobieta?

Ćwiczenie 3.3

Jak Nałkowska postrzega zjawisko prostytucji?

Ćwiczenie 3.4

Dlaczego pisarka występuje przeciwko idei czystości i cnotliwości?

Ćwiczenie 3.5

Dlaczego – zdaniem Nałkowskiej – kobiety skazane są na życie w fałszu?

Ćwiczenie 3.6

W jakim sensie pisarka używa formuł jawnej poligamii i niejawnej poliandrii?

Ćwiczenie 3.7

Jaki pozytywny projekt zmiany obyczajowości daje Nałkowska?

Ćwiczenie 3.8

Czego domaga się dla kobiet Zofia Nałkowska?

Ćwiczenie 3.9

Które z podjętych w referacie wątków pojawiają się w Granicy?

Preteksty

Grzegorz Sroczyński Zofia Nałkowska i jej mężczyźni. Kto ją zniewalał?

Z Hanną Kirchner, historyczką literatury, rozmawia Grzegorz Sroczyński

Mężczyźni Nałkowskiej. Naliczyłem ich w pani książce pięćdziesięciu.
A skąd pan ich tylu wziął? Pewnie flirty pan policzył. Spełnionych romansów, czyli łóżkowych, nie było tak wiele.

To ile?
Po co to liczenie? Kiedy wyszedł drugi tom Dzienników, w którym Nałkowska po rozstaniu z pierwszym mężem przebiera wśród kandydatów na nową miłość, obserwowałam dziwne reakcje różnych panów, od kolegów profesorów poczynając: „Tylu mężczyzn, jak ona mogła!”. Śmieszne. Bujne życie erotyczne pisarzy – to w porządku, wesoły był chłop. Ale kobiecie, pisarce, autorce lektur szkolnych – nie przystoi. Albo przynajmniej by to ukryła pod kostiumem cnoty na użytek publiczny. Na szczęście w Dziennikach Nałkowska ten kostium zdejmowała. Ktoś nawet uznał, że była kochanką Brunona Schulza.

Z pani książki wynika, że do czegoś doszło.
Raz. Epizod jednej nocy. Trudno uznać ich za kochanków. Podboje Nałkowskiej to były w większości flirty, zdobycze towarzysko‑ambicjonalne.

Samica – pisze o niej Miłosz.
Gorzej: „Komiczna samiczość starej kobiety, oglądającej się bez ustanku na spojrzenia mężczyzn i ich komplementy, ze swoją listą byłych mężów i kochanków. Napisał tak po lekturze Dzienników wojennych. Zdenerwowałam się, bo wyczułam w tym jawny mizoginizm. Wyłożyłam mu to w liście. Odpisał, trochę się tłumaczył, ale z „samiczości” nie zrezygnował.

I miał rację, u Nałkowskiej to właśnie jest.
Nie. U Nałkowskiej nie ma „samiczości”, tylko silna potrzeba afirmacji i podziwu. Od dzieciństwa. Za co kobieta mogła być podziwiana w tamtych czasach? W kulturze patriarchalnej o wartości tej płci decydują męskie spojrzenia. Uroda, a nie intelekt, który jest czymś podejrzanym. Kiedy spotkała Żeromskiego w Krakowie, powiedział jej: „Pani jest zbyt piękną kobietą, żeby być wielką pisarką”. Wątpliwy komplement. Ale ona była zachwycona. Pochwała urody była dla niej ważniejsza niż to, że zdezawuował jej pisarstwo. Mądra mogła być tylko dla siebie, dla mężczyzn miała być pociągająca. Więc była, całe życie. „Musiałam się uprościć, żeby być zrozumianą” – tak opisała jeden ze swoich związków. Ten mężczyzna pomiatał jej pisarstwem, całą sferę wartości intelektualnych miał za nic.

Gorzechowski. Drugi mąż.
Tak. To dla niego „musiała się uprościć”.

Mężów wybierała sobie strasznych. Intelektualistka, feministka, a ciągnęło ją do brutalnych macho.
Szukała mężczyzn, którzy w czymś ją przewyższą. „Marzę o kimś silniejszym, przy kim mogłabym zamknąć oczy chociaż na chwilę” – pisała. Jaki ma wybór tak inteligentna kobieta? W sferze rozumu, wiedzy czy talentu mężczyzny silniejszego nie znalazła. Galeria męskich postaci utwierdzała ją w przekonaniu, że to ona dominuje intelektualnie. No, skoro tak, to niech przynajmniej będzie silny w innej konkurencji: macho, który zawłaszcza i zniewala. Świetnie wiedziała, że to będzie źródło cierpień, trzeźwo oceniała tych mężczyzn w Dziennikach. Ale brnęła.

Pierwszy mąż – Rygier.
Był kiepskim poetą, a potem cenionym polonistą w gimnazjum Reja. Po latach będzie opowiadał na lekcjach o małżeństwie z Nałkowską i przedstawiał się jako ofiara: „Przekroczyła mnie i poszła dalej”.

A jak było?
Erotoman. Straszliwy. Kiedy brali ślub, szła za nim ta fama i łańcuszek dawnych kobiet. Jak się pokazali na mieście, to spotykali jakieś jego byłe.

(…)

To był jej pierwszy mężczyzna?
Tak, otworzył przed nią „życie”, do którego tak się rwała. Wprowadził w świat zabaw i rozrywek. „Hulaliśmy wściekle z Ryśkiem” – cieszyła się. Ale wkrótce uwiódł pokojówkę, która się Nałkowskiej poskarżyła. „Poczułam litość, bo matka oddała mi ją pod opiekę” – zanotuje. Potem uwiódł ich wspólną znajomą. „Trach. I znowu źle. Koniec dumy i pychy, zwątpienie o życiu i o sobie”. W dodatku chwalił się przed nią tymi romansami. „Przychodził nad ranem, roztkliwiony, mówił, że jestem atłasowa, że pachnę konwalią i wiosną, a tamta sprzed godziny... Ileż było takich zestawień. Okrutne i niepotrzebne” – notuje Nałkowska.

Czyli do tego sadysta.
Żywiołowy, bo bezmyślny. Długo nie mogła się podnieść z klęski małżeństwa, szukała winy w sobie, typowo kobiece. Leczyła się pisaniem. Tu mogła wziąć odwet, a nawet odwrócić role. W opowiadaniu Małżeństwo to kobieta wyjawia mężowi, że go zdradziła, że miała inną miłość. Mąż jest tym zdruzgotany. W Polsce raczkował feminizm. W 1907 roku na Zjeździe Kobiet Nałkowska wygłosiła referat przeciw hipokryzji obyczajowej panującej w małżeństwach. „Cały ustrój dzisiejszego życia erotycznego opiera się na jawnej poligamii” – mówiła. Domagała się dla kobiet równego prawa do swobodnej miłości i doznań seksualnych. I uwolnienia od jedynego celu – macierzyństwa. „Chcemy całego życia” – zakończyła.

Skandal?
Tak. Referat wywołał poruszenie. I polemiki w prasie. Niejaki doktor Miklaszewski, spec od statystyki i autor pracy Życie płciowe naszego ludu miejskiego, zrobił ankiety i dowodził, że 90 proc. kobiet jest niezdolne do jakichkolwiek doznań zmysłowych w czasie współżycia. Po co im więc swoboda erotyczna, skoro nic nie czują? Tymczasem postępowe poglądy Nałkowskiej kłóciły się z jej życiową praktyką. Miała dwadzieścia kilka lat – co oznaczało wtedy wiek bardzo dojrzały – i jej ciało znało tylko jednego mężczyznę. „Moja przewlekła cnota staje się też po prostu kłopotem, marnuję przerażająco resztę młodości i fizycznej urody” – pisze.

(…)

Zaraz potem Szper.
Owszem, udany romans. To był człowiek z towarzystwa, lekarz, świetny chirurg. Miał też ambicje literackie, pomagał Choromańskiemu przy pisaniu Zazdrości i medycyny.

Wolny?
Ależ skąd. Zmieniał kobiety jak rękawiczki. Pierwszą żoną Szpera była Dora Lebenthal, miłość Leśmiana z Malinowego chruśniaka. Kiedy poznał Nałkowską, aktualną żoną była Maniusia Beylin. Piękna i bezbronna. Nałkowska próbuje włączyć hamulec moralny, widzi w tej żonie zdradzaną siebie, ale magnetyzm Szpera jest tak silny, że ulega. „Weszłam w tę rolę – pisze. – Kultura współżycia jest tak znaczna, że aż czasami wydaje się dobrocią. Żaden trud, żadna przysługa, żadna prośba moja nie jest zbyt wielka”.

Kultura współżycia? Niezbyt to romantyczne.
Bo przyciąganie erotyczne to przecież chemia, biologia, zapach. „Ostra sympatia fizyczna” – tak Nałkowska określa swoje uczucie do Szpera. Rozumiała kobiecy erotyzm. Napisała bardzo ciekawy szkic o Lalce Prusa. O tym, dlaczego panna Izabela nie miała skłonności do Wokulskiego.

I dlaczego?
Bo jego ciało odpychało ją. Mamy dziś w głowach obraz Wokulskiego z serialu, w którym grał go Kamas. Przystojny facet, a panna Izabela kretynka, że go nie chce. A tymczasem w książce on ma wielkie czerwone ręce. I to wystarczy. Nałkowska wiedziała, że w seksualizmie kobiecym nie liczą się fiołki i wzdychania, tylko zagadka odbioru drugiego ciała. Bohaterki jej książek są namiętne, czują seksualne impulsy na równi z mężczyznami. Wtedy to było odkrycie, w Polsce dominowały poglądy rozmaitych doktorów Miklaszewskich. Sama się zresztą tego uczy. Próbuje prowadzić życie zgodne ze swoim feministycznym manifestem: „Jestem damą swawolną, bliską trzydziestki, radą wiosennej rozrywce. Nic więcej”. Swoje związki chce traktować właśnie jako rozrywkę, nie dać się wciągnąć w miłość. Bo zakochanie kończy się klęską – jak pierwsze małżeństwo.

Ma powodzenie?
Ogromne! Ni to panna, ni rozwódka, znana z wyzwolonych poglądów i talentu literackiego. Więc facetom wydawało się, że powinna być rozpustna i łatwa. Spodziewali się po niej niesamowitych doznań. „Ale by się zdziwili, jakby wiedzieli, że ja cnotę hoduję”. Zakochał się w niej młodziutki dziennikarz Jakub Appenszlak i wielki krytyk Ignacy Matuszewski. „Z kolei wieczorem przyszedł Szper i zastał Lorentowicza” – notowała. Bawiło ją to, ale rozgrywało się głównie w sferze wyobraźni i próżności. Lorentowicz, znany krytyk teatralny, ówczesny „celebryta”. Do tego przystojny. Istniało wtedy pojęcie flirtu, które dziś zanikło. Kwiaty, listy, wyznania. Rozbudowana gra, która nie musiała kończyć się w łóżku. Tom opowiadań Nałkowskiej ucierpiał właśnie przez to, że trzech ważnych krytyków doznało od autorki zawodu miłosnego. Lorentowicz książkę przemilczał, Matuszewski napisał zdawkowo, a Irzykowski – jadowicie. Irzykowski długo zasypywał ją listami. Pięknymi. Była wzruszona: „Tyle zrozumienia, z jego listów poznaję siebie lepiej niż z własnego dziennika”. Kochał ją, ale go odrzuciła.

Wolała człowieka, który ładnych listów pisać nie umiał. Umiał za to polować.
Pułkownik Jan Jur‑Gorzechowski, ułan wzmożony i zwielokrotniony. Wojak, bohater. Czysta siła, którą od początku była zafascynowana. I jednocześnie się bała.

Czego?
Na przykład tego, że źle mówił o poprzednich kobietach.

Typowe. Pierwszy sygnał, żeby uciekać.
Tak. I miała świadomość, że jak przestanie ją kochać, to stanie się potworem. „Zupełna lekkomyślność, niedbałe rozprzężenie życiowe” – notuje. Jego intelekt ocenia tak: „Jest tu taka przepaść, że najtkliwsze uczucie jej nie zasypie”. Zabraniał jej wszystkiego, czytał intymne zapiski. Przykładał pistolet do skroni: albo będziesz moja, albo cię zabiję.

Co za tandeta.
Ale działało. „Jedynym, co mię podnieca, jest miłość” – pisze Nałkowska. No i miała tę miłość. Zaborczą. Gniewną. Żadnego z tych inteligentnych adoratorów – krytyków, pisarzy – nie stać było na pokaz takiej siły. Biorą ślub. W pamięci znajomych utrwalił się obraz despoty grubiańsko ucinającego wzmianki o związkach żony z literaturą i karcącego Zofię za opóźnienie obiadu. Jedna z relacji znajomej: „Zdołałam zauważyć, że pani Zofia jest w obecności męża inna, niż była na zebraniu, zgaszona, smutna, prawie zlękniona”. Przenoszą się do Grodna, gdzie on zostaje dowódcą żandarmerii. Miasto jest literacką pustynią. Gorzechowski odcina żonę od dawnego środowiska. Na dwóch ocalałych zdjęciach pan pułkownik stoi z Zofią oraz wyżłami. W sztywno opiętym mundurze, z orderami i głębokim marsem na surowej twarzy. Ona zaś urocza, cała w bieli, słodko się uśmiecha.

I jak to się kończy?
Podobnie jak poprzednie małżeństwo. „Człowiek najbliższy – gdy chwytałam się brzegu tonąc – grubymi butami deptał mi po palcach”. Zdradzał ją. Nałkowska napisała sztukę Dom kobiet. Gorzechowski kryje się tu pod postacią Krzysztofa, który poza żoną ma dwie kobiety i z każdą dzieci. Sztuka odniosła wielki sukces. Na premierze Nałkowska płakała. A Kaden‑Bandrowski podsumował: „Wszyscy wiedzieli, że Jur nabijał całymi latami naszą Zosię w butelkę”. Gorzechowski stanie się archetypem mężczyzny w jej książkach, cały korowód postaci będzie odtwarzał jego słowa i gesty. Hrabia Emil, pułkownik Żelawa, pułkownik Omski w Romansie Teresy Hennert. W Niedobrej miłości jest postać Pawła Blizbora. Jego pieszczotliwe gesty wobec żony są jak pogróżka, np. otulanie szyi szalem zbyt mocno zaciśniętym. Nałkowska wkleja do swoich powieści wyznania wprost z dziennika. Po rozstaniu z zahukanej żony znów staje się lwicą salonową. W 1933 roku powołano Polską Akademię Literatury, Nałkowska weszła do niej jako jedyna kobieta. Sławna, otoczona kultem. O początkujących literatach mówi się: przechodzą przez ręce pani Nałkowskiej. Jest adorowana, jej ciężko zraniona kobiecość doznaje satysfakcji. Bywa wszędzie, gdzie wypada być. „Pracuję jak szalona – ponad moją możliwość, piszę dniami i nocami, rękami i nogami. A potem idę na śliczny bal w nowej białej velourowej sukni i dobrze, cudnie się bawię, jestem jeszcze raz ładna, jeszcze raz zadziwiająca”. Nieodłącznym elementem tego kostiumu balowego był towarzyszący adorator.

(…)

Z Schulzem dlaczego nie wyszło?
Bo był drobny, malutki, nieśmiały, zakompleksiony i brzydki. Zjawił się ktoś bardziej atrakcyjny. Schulz wysyła jej z Drohobycza róże na imieniny, które ona spędza już z niejakim Kuczyńskim.

Kolejnym tyranem.
Tak. „Wczoraj w teatrze z Rudnickim, długi powrót, rozmowa. Dziś znowu Kuczyński. Trudno powiedzieć, kto to jest”. „Szorstki i niełaskawy”. „Pani jest moim wrogiem”.

Beznadziejne.
A ją ujęło, że nie klęka przed nią jak inni. „W krótkim czasie okazuje się, że to jego przyjaźń jest dla mnie zaszczytem”. Despotyzm ujawnia się od razu. Zazdrosny niszczy pamiątki po Schulzu, Sklepy cynamonowe z dedykacją i rysunkami autora nie tylko podarł, ale jeszcze spalił. Mieszkają razem. Oficjalnie – to jej sekretarz, bo Nałkowska nie ma rozwodu. Kuczyński nie może znieść żadnego mężczyzny w jej otoczeniu, nawet kustosza nowosądeckiego muzeum z hołdowniczą wizytą. Gombrowicz, który ich odwiedził, zanotował: „Przystojny chłopak, choć wyglądający na męczennika, był wiecznie natężony i »przeżywał«, ale nie wiadomo było, co przeżywa”.

I jak to się kończy?
Powtórką. „W ciemności ujrzałam ten klasyczny gest, jakże zgodny ze wszystkim schematami”. Ten gest to skradanie się do służbówki – dobierał się do służącej zupełnie jak niegdyś Rygier. Miał zresztą liczne romanse, które starannie notował, a notatki trzymał w komodzie. Nałkowska tam w końcu zajrzała. Była wstrząśnięta. „Cynizm, zupełna amoralność, erotomania”. A w tym właśnie czasie dopada ją starość. Uświadomił jej to wydawca, i to w sposób skrajnie niedelikatny. Odmówił jej zaliczki: „No a jeżeli pani umrze? Proszę pani, po tygodniu zapomną!”. Wpada w depresję. Na raucie u ministra Becka patrzy w lustro: „Dech mi zaparło. Ta tęga dama w starszym wieku to ja”. „Starość – cóż za urągowisko, co za kpiny, dzikie, głupie okrucieństwo o niepojętym znaczeniu”. „Jestem stara i po prostu kończę się, kończę”. „Mała, czerwona niteczka erotyzmu przewija się wciąż przez to moje życie, mające się ku końcowi, ale nie akceptujące klęski”. Posiedzenie reaktywowanego Pen Clubu w 1947 roku. Maria Dąbrowska notuje: „Nałkowska trzyma się coraz lepiej, musi mieć świetnych masażystów i kosmetykarzy, bo nawet gładka się zrobiła na gębie i na szyjsku. I co za ton, co za pewność siebie, co za protekcjonalne kiwanie paluszkiem na mężczyzn, którzy w podrygach podbiegają. Nigdy jej nie widziałam w tak tryumfującej, apodyktycznej formie. Musi mieć jeszcze kochanka, bo niepodobna, by same tylko sukcesy w karierze dały jej taki tupet”. Z pani Maryjki był kawał jędzy. Przy całej swojej wielkości bywała koszmarnie niesprawiedliwa. Nałkowską kiedyś wielbiła, potem jej nie znosiła.

(…)

Bywała szczęśliwa?
”Szczęście moje wewnętrzne płynęło wąską, egoistyczną strugą poza życiem. Piłam je ze stosunku z naturą, ze zwierzęciem, z książką – prawie nigdy ze stosunku z człowiekiem”. Ale później uznała, że „jedynym ratunkiem na okropność świata są ludzie”. Miała błyski szczęścia, ale rzadkie. Przecież adorowana, wielbiona, chwalona, wydawana w setkach tysięcy nakładu. Ale przy tym zbyt przenikliwa, żeby w to wszystko wierzyć. Kijowski pisze tak o Baudelairze: „Baudelaire nie miał, jak twierdził, ani ambicji, ani przekonań, tylko rozumiał wszystko. Był bowiem szalenie inteligentny. Jest to dar okropny, gdyż zmusza człowieka do jednoczesnego przenikania siebie i drugich, a to pozbawia go wszelkiej ofensywności”. Nałkowska podobnie: „Natężenie myśli zabiło we mnie wszelką bezpośredniość uczucia”. Intelekt pozbawiał ją złudzeń. Skazywał na nieustanną mękę widzenia świata prawdziwie, czyli raczej w ciemnych barwach. Uciekała przed tym w romanse i miłości. „Myślę, że tylko kochając, widzimy człowieka takim, jakim jest naprawdę, w pięknie jego najwyższych możliwości. Że zaślepienie jest najlepszym widzeniem”.

Grzegorz Sroczyński, Zofia Nałkowska i jej mężczyźni. Kto ją zniewalał?, „Wysokie Obcasy” 26.03.2012.

Po przeczytaniu fragmentów wywiadu odnieś się do pytań i poleceń.

Ćwiczenie 4.1

Na podstawie pierwszych odpowiedzi Hanny Kirchner ustal, czym się różni postrzeganie pisarki i pisarza.

Ćwiczenie 4.2

Jaki portret Zofii Nałkowskiej wyłania się z opowieści prof. Kirchner?

Ćwiczenie 4.3

Czy dostrzegasz jakieś związki między biografią Nałkowskiej a Granicą?